Skąd pod projektem PiS wzięły się podpisy osób, których nie było w Warszawie?

Posłowie opozycji mają wątpliwości, czy podpisy polityków PiS pod ustawą ws. głosowania korespondencyjnego dla wszystkich, zostały zebrane zgodnie z prawem. Jak przyznaje w rozmowie z tokfm.pl Patryk Wachowiec, analityk prawny FOR, zdalne obradowanie Sejmu ujawniło dosadnie, że podpisy pod ustawami zbierane są in blanco.
Zobacz wideo

W nocy Zjednoczona Prawica przegłosowała ustawę, która zakłada, że odbędą się one w pełni korespondencyjnie. Znalazł się w niej także zapis umożliwiający marszałek sejmu - przesunięcie wyborów o tydzień.

Ustawę udało się przeforsować w drugim podejściu, bo wcześniej PiS przegrał głosowanie na temat wprowadzenia tego punktu do obrad. Posłowie PiS przygotowali zatem nowy projekt i jeszcze raz go zgłosili. Tutaj pojawiają się jednak spore wątpliwości. Posłowie opozycji zauważają, że pod nowym projektem podpisali się parlamentarzyści PiS, których w poniedziałek w Sejmie nie było. 

- Składamy wniosek do prokuratury w sprawie fałszowania podpisów pod ustawą, która dotyczy tego haniebnego trybu wyboru Prezydenta RP – zapowiedział poseł  PO Cezary Tomczyk. Na razie PiS nie skomentował tej sprawy. 

"Na jaw wyszła haniebna praktyka"

Zdaniem Patryka Wachowca, analityka prawnego Forum Obywatelskiego Rozwoju, sytuacja związana z kontrowersyjnym projektem i głosowaniem zdalnym ujawniła "starą praktykę parlamentarną". - Praktyka ta polega na tym, że posłowie - albo z początkiem kadencji, albo w trakcie prac Sejmu - podpisują in blanco tabelki z poparciem projektów ustaw. Te podpisy podpina się następnie do odpowiedniego projektu, kiedy jest on już zredagowany w całości. To naganna praktyka, ale nikt nigdy nie próbował tego weryfikować. To jest dosyć haniebne, że poseł podpisuje projekt ustawy, z którym się nigdy nie zapoznał i twierdzi wobec opinii publicznej, że taki podpis złożył. Głosowanie zdalne - przy wszystkich negatywnych skutkach i konsekwencjach - ujawnia w całej okazałości, że nie da się fizycznie być w Warszawie i podpisać projektu ustawy, a z drugiej strony twierdzić, że głosuje się zdalnie z okręgu wyborczego gdzieś w Polsce - ocenia nasz rozmówca. - Możemy tylko ubolewać, że klasa polityczna nie szanuje norm, którymi sama się związała - podkreśla prawnik. 

Wachowiec dodaje, że takie podpisy in blanco mogą godzić w Regulamin Sejmu. A konkretnie art. 32 ust. 2, który mówi, że poselskie projekty ustaw mogą być wnoszone przez komisje sejmowe lub co najmniej 15 posłów podpisujących projekt. - Regulamin zakłada, że pod projektem musi się znaleźć podpis posła, a nie istnieją żadne przepisy pozwalające złożyć go zdalnie. W sytuacji, gdy poseł nie był obecny w Warszawie, jedyny wniosek, jaki mi się nasuwa, to właśnie podpisanie się in blanco - wyjaśnia ekspert. 

Jego zdaniem, trudno jednoznacznie wskazać, czy doszło do złamania przepisów. - Żyjemy w takich czasach, że o tym, czy coś jest złamaniem Kodeksu karnego, decyduje wstępnie prokuratura. A wiemy, kto obecnie kieruje tą instytucją. Pojawia się jeszcze pytanie, czy taka forma zbierania podpisów przekłada się na wadliwość uchwalonej ustawy. Od takich rozstrzygnięć jest Trybunał Konstytucyjny, ale z nim sytuacja jest podobna do prokuratury. Tak wygląda różnica między prawem zapisanym w księgach a prawem w działaniu - przyznaje Wachowiec. 

Procedura zbierania podpisów in blanco pojawiła się też w 2017 roku przy okazji ustawy o opłacie paliwowej, która podwyższała ceny paliw.  Według rozmówców "Gazety Wyborczej"  z PiS wielu było podwyżką zaskoczonych. "Nawet nie wiedziałem, że moje nazwisko będzie pod projektem ustawy – mówi jeden z posłów. O co chodzi? Zapewnia, że podpisał się pod projektem in blanco – na czystej kartce, do której dopisano później treść projektu" - czytamy w "GW".

Głosowanie na dwie ręce?

Druga kontrowersja w sprawie tego, co wczoraj wydarzyło się w Sejmie,  dotyczy już samego wieczornego głosowania. W internecie pojawił się filmik pokazujący, że wiceminister rozwoju Robert Nowicki w trakcie głosowania podbiega do innej z ław rządowych. "Czy ktoś tutaj zagłosował za kolegę?" - pytał w poniedziałek na Twitterze Patryk Wachowiec, prawnik i analityk FOR. 

Na te zarzuty odpowiedział szef biura minister rozwoju Jadwigi Emilewicz. Wskazał, że w miejscu, którym znalazł się wiceminister, nie ma urządzeń do głosowania. Patryk Słowik, dziennikarz "DGP", zwrócił jednak uwagę, że "maszynki" do głosowania znajdują się tuż obok tego miejsca. 

W rozmowie z tokfm.pl Patryk Wachowiec mówi, że warto byłoby przyjrzeć się bliżej całej sytuacji. - To też nie moja rola, żeby sugerować, czy ktoś głosował "na dwie ręce". Jednak dla higieny parlamentarnej, czystości intencji oraz prawa do informacji, powinniśmy poznać szczegóły tego głosowania. Kancelaria Sejmu powinna ujawnić, kto i w jakich godzinach korzystał z maszynki do głosowania w tych konkretnych ławach rządowych - ocenił analityk prawny FOR. 

"Na dwie ręce" w 2016 roku głosowała była już posłanka Małgorzata Zwiercan. W trakcie głosowania nad wyborem sędziego Trybunału Konstytucyjnego oddała głos nie tylko za siebie, ale też za nieobecnego na sali marszałka-seniora Kornela Morawieckiego. W lutym 2019 roku usłyszała w tej sprawie zarzuty prokuratorskie. 12 listopada ubiegłego roku akt oskarżenia w tej sprawie został skierowany do sądu. Jesienią 2019 roku Zwiercan starała się o reelekcję z list PiS, ale bezskutecznie. Okazało się później - jak informował portal tvn24pl - że była posłanka została zatrudniona w Kancelarii Premiera w charakterze eksperta. 

DOSTĘP PREMIUM