Jacek Jaśkowiak: Gdybym ja był kandydatem na prezydenta, to sądzę, że rozegrałbym to wszystko zupełnie inaczej

- Podczas wizyty w Poznaniu w sobotę i naszego spotkania w cztery oczy sygnalizowałem, co ja ewentualnie bym zrobił. Starałem się jej pomóc - mówi nam Jacek Jaśkowiak, pytany o działania Małgorzaty Kidawy-Błońskiej. Prezydent Poznania jeszcze parę miesięcy temu sam ubiegał się o tytuł kandydata Platformy Obywatelskiej na prezydenta kraju. Jak dziś ocenia działania partii i całej opozycji?
Zobacz wideo

Oświadczenie Donalda Tuska w sprawie bojkotu "procedury głosowania" na prezydenta i deklaracja Małgorzaty Kidawy-Błońskiej o nieuczestniczeniu w wyborach rozpętały burzliwą dyskusję o strategii przyjętej przez Platformę Obywatelską na końcówkę tej "kampanii". Przysłowiowej oliwy do ognia dolał były szef partii Grzegorz Schetyna, który bez entuzjazmu przyznał, że "nie jest ojcem kandydatury Kidawy-Błońskiej", lecz będzie przy niej trwał. Nie pomogło też raczej oświadczenie sekretarza generalnego partii Marcina Kierwińskiego, który oznajmił, że Kidawa-Błońska "nie wystartuje w wyborach, ale pozostanie na liście wyborczej". Prawicowe media szybko zrobiły użytek z tej wypowiedzi - stwierdzając, że co nowy dzień, to nowe stanowisko kandydatki i jej sztabu. Jednak i po drugiej stronie pojawiły się pytania, czy sprzeczne komunikaty nie ośmieszają nieco samej partii i nie demobilizują i tak zdemobilizowanego elektoratu KO.

Czy strategia Platformy Obywatelskiej wyglądałaby inaczej, gdyby kandydatem partii na prezydenta był ubiegający się o ten tytuł jeszcze parę miesięcy temu Jacek Jaśkowiak?  

- Przede wszystkim szukałbym porozumienia z pozostałymi kandydatami opozycji. Dociskałbym też kierownictwo partii, która mnie wystawiła, by z innymi formacjami politycznymi doszła do konsensusu i sformułowała wspólne stanowisko w sprawie wyborów - mówi nam prezydent Poznania. - Nie będę ukrywał, że jestem trochę rozczarowany, że do tej pory jeszcze takiego komunikatu nie usłyszałem - dodaje.

Jaśkowiak przyznaje też, że jest zaskoczony, iż poszczególni liderzy partyjni rozgrywają sprawę wyborów na konferencjach czy w mediach - każdy w zupełnie inny sposób i wyłącznie przez pryzmat "własnych interesów". - W tak trudnym momencie oczekiwałbym jednak spojrzenia na to wszystko z punktu widzenia interesu państwa i obywateli - mówi.

Pytany o ocenę strategii przyjętej przez Kidawę-Błońską, odpowiada ostrożnie: "Podczas wizyty w Poznaniu w sobotę i naszego spotkania w cztery oczy sygnalizowałem, co ja ewentualnie bym zrobił. Starałem się jej pomóc". - Natomiast na dziś nie chciałbym się wypowiadać na temat taktyki któregokolwiek z kandydatów. Mam też przecież bardzo dobre, koleżeńskie relacje z Robertem Biedroniem - uzupełnia.

- A czy gdyby pan znajdował się na miejscu Kidawy-Błońskiej, to nawoływałby pan do bojkotu wyborów czy wzięcia w nich udziału? - dopytujemy.

- Sądzę, że bym to wszystko zupełnie inaczej rozegrał. Gdybym był kandydatem, to bardziej bym patrzył na to, co robią inni kandydaci - odpowiada nasz rozmówca. Prezydent Poznania przekonuje też, że na pewno byłby w stanie usiąść do wspólnych rozmów z Biedroniem czy Kosiniakiem-Kamyszem i "podjąć wspólne działania".

Skoro udało się dojść do porozumienia przed wyborami parlamentarnymi i stworzyć wspólne listy do Senatu, to tym bardziej teraz - jak twierdzi Jaśkowiak - należałoby oczekiwać od polityków wzniesienia się ponad własne ego i własne interesy partyjne.

"Absolutna słabość opozycji"

Pozostali kandydaci opozycyjni mówią wprawdzie zgodnie, że wybory w maju - na zasadach PiS - nie powinny się odbyć i są za tym, by przełożyć je na inny termin. Lewica proponuje jesień tego roku, Polskie Stronnictwo Ludowe - przyszły rok. Nie bojkotują jednak głosowania, które miałoby się odbyć w maju i - mniej lub bardziej wprost - zachęcają swoich zwolenników do wzięcia w nim udziału.

- To jest absolutna słabość opozycji. Jeśli kandydaci uznaliby, tak jak mówią, że są za demokracją, to powinni się zjednoczyć wszyscy, łącznie z Krzysztofem Bosakiem i powiedzieć: "nie, w takiej formie nie startujemy" - stwierdza w rozmowie z nami dr Mirosław Oczkoś, ekspert ds. wizerunku politycznego.

Przyznaje, że na Prawie i Sprawiedliwości i prezesie Kaczyńskim zapewne nie zrobiłoby to większego wrażenia. - Ale różnica jest prosta. Jeśli do wyborów pójdzie poniżej 20 procent uprawnionych, to Andrzej Duda może mieć i 90 procent poparcia, ale w Europie i na świecie to będzie miało zupełnie inny wymiar niż wtedy, kiedy pójdzie 45 procent uprawnionych - mówi politolog.

Jeśli chodzi o działania podejmowane przez Małgorzatę Kidawę-Błońską, dr Oczkoś ocenia, że początkowy przekaz o bojkocie głosowania był za mało precyzyjny. Zwraca uwagę, że w świat poszedł komunikat, że kandydatka rezygnuje i tchórzy, choć sama zainteresowana tego nigdy nie powiedziała. - Polscy politycy ogólnie często mają kłopot z tym, żeby przedstawić to, o co im dokładnie chodzi i tak tutaj było - mówi. - Do rzuconego hasła "bojkot" należałoby dołożyć jednak pewną "gwiazdkę" i wyjaśnić, co tak naprawdę ma się na myśli. Tego na samym początku zabrakło. Potem gdzieś te wyjaśnienia padły, ale wtedy już było za późno - podsumowuje.

Niejasne deklaracje kandydatki PO odbiły się też wyraźnym spadkiem w sondażach. W kwietniowym badaniu Kantar polityczka zdobyła 4 proc. poparcia i zajęła dopiero szóste miejsce. Pierwszy był Andrzej Duda (59 proc.), na drugim miejscu znaleźli się Władysław Kosiniak-Kamysz i Szymon Hołownia, którzy zgromadziliby po 7 proc. głosów. A na trzecim kandydat Lewicy Robert Biedroń i Krzysztof Bosak z Konfederacji - mający po 5 proc. poparcia

Posłuchaj w Aplikacji TOK FM:

DOSTĘP PREMIUM