Kandydat na 2 proc., czyli jak Robert Biedroń idzie drogą Magdaleny Ogórek. Czy odbuduje poparcie? "To kompletnie nierealne"

Miała być zaciekła walka o drugą turę, a jest trudna batalia o to, by nie zostać na końcu stawki z dwoma procentami poparcia. Robert Biedroń dał się wyprzedzić wszystkim, liczącym się w wyścigu prezydenckich kandydatom i - zdaniem profesora Rafała Chwedoruka - na wzrost poparcia nie ma co liczyć.
Zobacz wideo

2,38 proc.- taki wynik w pierwszej turze wyborów prezydenckich 10 maja 2015 roku uzyskała Magdalena Ogórek, ówczesna kandydatka Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Dzień po pierwszej turze zarząd partii, z Leszkiem Millerem na czele, przepraszał wyborców, przyznając, że wynik jest "niewystarczający". Pięć lat po tamtym głosowaniu Lewica (tym razem w powiększonym składzie, bo z Razem i Wiosną) ma całkiem spore szanse na powtórzenie tego wyniku. Obecny kandydat - Robert Biedroń - w sondażach oscyluje właśnie wokół 2 proc. poparcia, zamykając stawkę liczących się pretendentów do prezydenckiego urzędu.

Kiedy podobieństwo poziomu poparcia dla Ogórek i Biedronia wypomniał ostatnio Włodzimierzowi Czarzastemu Piotr Kraśko w Poranku Radia TOK FM, to obecny szef SLD skarcił dziennikarza za to, że powołuje się na jedno badanie. - Jestem niezadowolony, że można sobie wybrać jeden sondaż i na tej podstawie budować tezę - mówił. Sam wyliczył cztery badania, które miały dać Biedroniowi poparcie znacznie wyższe niż 2 proc. - IBRIS kilka dni temu dawał mu 7, Estymator - 6, profesor Markowski [Radosław, socjolog] trzy dni temu 8, a Pracownia Badań Społecznych podawana przez "Gazetę Wyborczą" też trzy dni temu 8 prof. - wyliczał Czarzasty.

Wbrew życzeniom szefa SLD, sondaży dających Biedroniowi mniej więcej dwuprocentowe poparcie wynik w wyborach prezydenckich jest więcej niż jeden. W maju znaleźliśmy siedem takich badań, przeprowadzonych przez różne pracownie. Kandydat Lewicy uzyskuje w nich od 2 do 3 procent poparcia. W najnowszym sondażu IBRIS dla "Polityki" ma 2,3 proc.   

Robert Biedroń oficjalnie został zaprezentowany jako kandydat Lewicy na prezydenta Polski na początku stycznia. Zaczynał z poparciem na poziomie 7-10 procent, ale sondażowe słupki wskazywały też i 11-12 procent, plasując Biedronia nawet na podium - za Andrzejem Dudą i wówczas jeszcze Małgorzatą Kidawą-Błońską. Później - mniej więcej od końca marca - widać wyraźny spadek notowań. Dlaczego?

Szef SLD w Poranku TOK FM tłumaczył to szerzącą się epidemią, która pozamykała wszystkich we własnych czterech ścianach. - Robert jest człowiekiem, który ma niesłychaną empatię. Kiedy mógł wyjść na ulice, spotykać się z ludźmi, to jego notowania rosły. Potem przyszła pandemia, w związku z tym musiał się schować. W tej chwili można zaczynać prowadzić kampanię, bo wszyscy ją prowadzą, w związku z tym myślę, że będzie zwyżka - przewidywał optymistycznie Włodzimierz Czarzasty.

Restart kampanii

Docent Ewa Pietrzyk-Zieniewicz, pytana w TOK FM przez Piotra Maślaka o to, co się dzieje z kampanią Robertą Biedronia, przyznała wprost: "Też chciałabym wiedzieć". Zdaniem politolożki z Uniwersytetu Warszawskiego, kandydat Lewicy "biega po obrzeżach" z podejmowanymi tematami. - Sprawy równości czy LGBT w momencie pandemii i kryzysu gospodarczego nie mogą być eksponowane jako pierwszoplanowe. Choć oczywiście nie odbieram wagi tym problemom, to jednak nie to w tej chwili Polaków zajmuje - stwierdziła.

W ostatnich dniach Biedroń - jak sam przyznał - "zrestartował" swoją kampanię. Znów zaczął jeździć po Polsce (tak jak inni kandydaci), a do swojego sztabu dokooptował posłankę Agnieszkę Dziemianowicz-Bąk. W weekend przedstawił swój "wielki plan równych szans", w którym zapowiedział m.in. budowę miliona tanich mieszkań na wynajem, 200 tysięcy nowych miejsc w przedszkolach czy obiecywaną od lat ustawę reprywatyzacyjną. Z okazji Dnia Dziecka zapowiedział z kolei stworzenie "Konstytucji dla dzieci i młodzieży", zakładającej m.in. nowoczesną edukację i tablet dla każdego dziecka zaczynającego naukę.

Czy Biedroń odzyska punkty?

Czy wraz ze wznowieniem kampanii Biedroniowi uda się odzyskać stracone punkty? - Myślę, że to kompletnie nierealne - uważa prof. Rafał Chwedoruk, politolog z Uniwersytetu Warszawskiego. - Robert Biedroń należy do tych polityków, którzy bardziej są mitem niż rzeczywistością, jeśli chodzi o ich potęgę. W zeszłym roku mieliśmy przecież wybory do Parlamentu Europejskiego, gdzie partia sygnowana jego nazwiskiem, przy dużej życzliwości wielu publicystów i ośrodków opiniotwórczych, osiągnęła wynik mało imponujący, który w zasadzie pogrzebał ją jako polityczną samodzielną siłę. Już to pokazywało, że możliwości oddziaływania Roberta Biedronia są ograniczone - ocenia ekspert.

Przypomnijmy, w przeprowadzonych rok temu eurowyborach Wiosna zdobyła nieco ponad 6 procent i wprowadziła do PE troje swoich przedstawicieli (w tym Sylwię Spurek, która już w październiku odeszła z partii). I choć po ogłoszeniu wyników lider formacji biegał radośnie po scenie, krzycząc, że Wiosna "jest trzecią siłą w Polsce" - rezultat był daleki od oczekiwań. W początkowych sondażach jego formacja miała bowiem nawet kilkanaście procent poparcia.

Wróćmy jednak do tegorocznych wyborów prezydenckich. Profesor Chwedoruk przyznaje, że słabymi sondażami Biedronia nie jest zaskoczony. Jego zdaniem kandydat ten nie do końca wpasowuje się w oczekiwania elektoratu Lewicy z ostatnich wyborów parlamentarnych, kiedy to połączone siły SLD, Razem i Wiosny zdobyły 12,6 procent i trzecie miejsce w Sejmie. Elektorat ten, jak mówi politolog, był dychotomiczny. Z jednej strony składał się z tradycyjnych wyborców SLD ze średnio-starszego pokolenia, dla których istotną rolę odgrywa polityka historyczna, a z drugiej - z pochodzących z większych miast millennialsów lub przedstawicieli najmłodszego pokolenia. 

- Ta pierwsza grupa to elektorat, który kwestiami związanymi z profilem aktywności Roberta Biedronia przez całe lata nie był szczególnie zainteresowany. Także typ przywództwa związany z Biedroniem chyba nie do końca im odpowiada. Ich wyborczy faworyci to raczej osoby o doświadczeniu państwowym, pełniący odpowiedzialne funkcje, których uosobieniem mogą być zmarła niedawno profesor Krystyna Łybacka czy bijący wielokrotnie lokalne wyborcze rekordy Janusz Zemke - wyjaśnia politolog. I dodaje, że w tej grupie elektoratu Lewicy Biedroń może mieć nie tyle problem z mobilizacją wyborców, co - w wielu przypadkach "być dla nich wręcz czynnikiem zniechęcającym".

Jeśli chodzi o grupę drugą (młodszą), to wyborcy, których - zdaniem naszego rozmówcy - udało się pozyskać Lewicy m.in. dzięki wysokiej frekwencji w październikowych wyborach (61,74 proc.). - To były osoby głosujące trochę sytuacyjnie, wykazujące dezorientację po rozpadzie Koalicji Europejskiej, których związek z Lewicą nie jest utrwalony - wskazuje profesor. I podkreśla, że w obecnym wyścigu do Pałacu Prezydenckiego wyborcy ci otrzymali bogatą ofertę kandydatów, wśród których mogą wybierać, bo i Trzaskowski, i Hołownia, i nawet Władysław Kosiniak-Kamysz mogą być dla nich ciekawą alternatywą.

- I ostatni czynnik to oczywiście pandemia, przez którą w naturalny sposób kwestie społeczno-gospodarcze, związane z bezpieczeństwem czy stabilnością poziomu życia codziennego wdarły się na pierwszy plan, a nie kwestie kulturowe, z jakimi kojarzy się Robert Biedroń - stwierdza nasz rozmówca.

A może zmiana kandydata?

W kwestii ewentualnej zmiany kandydata Włodzimierz Czarzasty wypowiada się jednoznacznie. - Nie zmienimy tej kandydatury, jasno to powiedzieliśmy. W ogóle uważam, że jak się komuś gorzej dzieje, to się go nie zostawia, tylko się mu pomaga - stwierdził w TOK FM szef SLD.

Zdaniem profesora Chwedoruka, Lewica i tak nie miałaby czasu na rozpropagowanie nowej osoby. - To nie jest jedna z dwóch największych partii, która kogokolwiek nie przedstawi, to i tak będzie to osoba znana - zauważa. Wystarczy zresztą przypomnieć bolączki, w jakich "rodziła się" kandydatura Biedronia. Lewica długo zwlekała z ogłoszeniem kandydata bądź kandydatki - bo przez pewien czas przekonywano, że będzie to właśnie kobieta. Wymieniano nazwiska wicemarszałkini Senatu Gabrieli Morawskiej-Staneckiej i Agnieszki Dziemianowicz-Bąk.

- Zatem na zmianę kandydata nie ma perspektywy politycznej, organizacyjnej (nowa osoba musiałaby zebrać 100 tysięcy podpisów - red.) i pewnie też finansowej na Lewicy. Dlatego Robert Biedroń dołączy do grona polityków przegranych w tej kampanii. Jedyne co może go pocieszać to fakt, że to grono pewnie będzie dość liczne - podsumowuje politolog.

Posłuchaj rozmowy z Agnieszką Dziemianowicz-Bąk ze sztabu Roberta Biedronia - możesz to zrobić w Aplikacji TOK FM!

DOSTĘP PREMIUM