Trzaskowski i jego półtora miliona podpisów. "Ten pokaz siły miał działać nie tylko na jego wyborców"

- Zbieranie podpisów a wynik wyborczy to nie jest to samo, bo żeby wygrać wybory, trzeba zebrać ponad dziewięć milionów głosów. Ale to niewątpliwie pokazuje, że efekt mobilizacji elektoratu został osiągnięty. To jest bardzo ważne - mówi TOK FM prof. Ewa Marciniak, komentując koniec zbiórki podpisów pod kandydaturą Rafała Trzaskowskiego.
Zobacz wideo

- Siedem dni na zbiórkę podpisów na pewno nam wystarczy - mówił niecały tydzień temu Rafał Trzaskowski, inaugurując już oficjalnie swoją kampanię prezydencką. I rzeczywiście - wystarczyło. Sześć dni od tamtej konferencji kandydat Koalicji Obywatelskiej dostarczył do Państwowej Komisji Wyborczej nie 100 czy 200 tysięcy podpisów, ale - jak twierdzi - ponad 1,6 mln.

- Robi wrażenie? - pytamy profesora Marka Migalskiego.

- To nie jest kwestia tego, czy na mnie to robi wrażenie, ale pytanie, czy zrobi wrażenie na wyborcach. W moim przekonaniu tak - odpowiada politolog. - Biorąc pod uwagę, że Andrzej Duda zebrał dwa miliony podpisów w czasie o wiele dłuższym, to wyczyn Trzaskowskiego udowadnia to, o czym rozmawialiśmy od kilku dni, czyli bardzo dużą mobilizację jego elektoratu - dodaje.

Przypomnijmy - Andrzej Duda swoje 2 mln podpisów złożył 19 marca, po sześciu tygodniach zbiórki. Trzaskowski nie miał tego czasowego komfortu, co jego sztab postanowił jednak wykorzystać na korzyść prezydenta Warszawy. Ze zbiórki zrobiono wielodniowy event wyborczy, szeroko promowany w mediach społecznościowych. Tam udostępniano filmy i zdjęcia długich kolejek chętnych do podpisywania się Trzaskowskiemu na listach, mówiono wszem i wobec o "wielkiej mobilizacji".

- Tych podpisów jest już dzisiaj policzonych 1,6 mln, a będzie prawdopodobnie więcej. Chciałem wszystkim serdecznie podziękować za tę olbrzymią mobilizację, za tą fantastyczną energię, którą widzieliśmy na ulicach polskich wsi, miasteczek i miast - mówił we wtorek przed PKW sam kandydat.

Legitymizacja i magia wielkiej liczby

Po co to wszystko? Profesor Ewa Marciniak z Uniwersytetu Warszawskiego zwraca uwagę na dwa aspekty. Po pierwsze - legitymizacja, a po drugie - magia wielkiej liczby. - Legitymizacja, czyli takie poczucie, że ta kandydatura ma poparcie wśród wyborców. Rafał Trzaskowski chce pokazać: "zobaczcie, jestem właściwą osobą na właściwym miejscu" i ci wszyscy, którzy mieli dylematy związane z tym, czy Platforma dobrze zrobiła zmieniając kandydata, dziś mogą te dylematy rozstrzygnąć na korzyść słuszności tej decyzji - ocenia politolożka z Uniwersytetu Warszawskiego.

Podkreśla, że "wielka liczba" buduje też wizerunkową siłę kandydata i przyznaje, że Trzaskowski "nie mógł sobie wymarzyć lepszej sytuacji niż właśnie taka". - Oczywiście zbieranie podpisów a wynik wyborczy to nie jest to samo, bo żeby wygrać wybory trzeba zebrać ponad dziewięć milionów głosów. Ale to niewątpliwie pokazuje, że efekt mobilizacji elektoratu został osiągnięty. To jest bardzo ważne - stwierdza profesor Marciniak.

Wkurzyć przeciwnika?

Podobnego zdania jest Marek Migalski. - Trzaskowskiemu udało się odzyskać ten elektorat, który był zdemobilizowany przez niejasne komunikaty wysyłane przez jego poprzedniczkę - mówi. Zdaniem profesora, potwierdzają to zarówno rosnące sondaże, ale też właśnie dzisiejsze ponad półtora miliona podpisów. - Fakt, że tyle ludzi dokonało mniejszego czy większego wysiłku w formie podpisu to już coś jest. Bo czym innym jest odpowiedzieć na pytanie, kiedy dzwoni ankieter, a czym innym jednak pójść specjalnie na rynek czy nawet zatrzymać się na te kilka minut i poświęcić czas, żeby złożyć podpis - przekonuje.

Co więcej, według politologa z Uniwersytetu Śląskiego, cała akcja z huczną zbiórką podpisów ma podwójne znaczenie. - Gdyby chodziło jedynie o prostą rejestrację, to zrobiono by to nazajutrz składając 150 czy - dla pewności - 200 tysięcy podpisów - mówi. - Ten pokaz siły miał działać nie tylko na wyborców Trzaskowskiego, dać im taką siłę i wiarę, że pokonanie obecnego prezydenta jest możliwe. To ma też wprawić w rozedrganie otoczenie Andrzeja Dudy - dodaje Migalski.

Profesor podkreśla, że w polityce ogromną rolę odgrywają emocje. - W książce "Homo Politicus Sapiens. Biologiczne aspekty politycznej gry", którą współtworzyłem z Markiem Kaczmarzykiem, rozpoczynamy właśnie od rozdziału, w którym piszemy, że emocje są istotą faktu wyborczego nie tylko wśród elektoratu, ale także podstawą działań polityków - mówi. - Myślę, że liczba podpisów pod kandydaturą Trzaskowskiego robi wrażenie na przeciwnikach. A wiadomo, że im bardziej nerwowy jest przeciwnik, tym większa szansa na to, że będzie popełniał błędy - podsumowuje.

Krótka kampania

Platforma Obywatelska ostatni raz wygrała wybory sześć lat temu (w 2014 roku), kiedy partią dowodził jeszcze Donald Tusk. Były premier, choć miał ( i stale ma) niemały negatywny elektorat, posiadał talent do publicznych wystąpień, nawiązywania kontaktu z ludźmi czy prowadzenia zręcznych retorycznie potyczek z przeciwnikami politycznymi. Takich umiejętności nie miała już jego następczyni Ewa Kopacz czy Grzegorz Schetyna. Czy posiada je Rafał Trzaskowski? - Na pewno ma dużą łatwość w przyciąganiu uwagi, w formułowaniu dobrych argumentów i celnych ripost. To jest to, czego oczekuje się na tym poziomie komunikacyjnym od polityka. Ma być w każdej okoliczności - także trudnej dla niego - gotowy, żeby zająć stanowisko w sposób zdecydowany - ocenia profesor Ewa Marciniak.

Obecna kampania prezydencka jest wyjątkowa krótka. Wybory odbędą się już za 19 dni. Nasza rozmówczyni uważa jednak, że ten krótki czas jest korzystny dla Trzaskowskiego. - To wymusza spektakularne działania, intensywne tempo, a wyborcy Koalicji Obywatelskiej chyba właśnie tej energii i intensywności oczekują - podsumowuje politolożka.

Pobierz Aplikację TOK FM, słuchaj i testuj przez dwa tygodnie za darmo:

DOSTĘP PREMIUM