Giertych o przesłuchaniach dziennikarzy i pełnomocników Birgfellnera: "Nękanie, chęć zastraszenia"

W piątek sąd rozpatrzy zażalenie pełnomocników Geralda Birgfellnera na decyzję prokuratury, która odmawia wszczęcia śledztwa ws. jednego z wątków afery wokół spółki Srebrna. Niedawno przesłuchała jednak dziennikarzy "Gazety Wyborczej" i adwokatów austriackiego biznesmena. - Chodzi o "efekt mrożący" - komentował w TOK FM Roman Giertych.
Zobacz wideo

W piątek warszawski Sąd Okręgowy rozpatrzy zażalenie obrońców austriackiego biznesmena Geralda Birgfellnera na umorzenie wątku "koperty dla księdza". Zgodnie z doniesieniami "Wyborczej" Birgfellner zeznał w prokuraturze, że Jarosław Kaczyński nakłonił go do wręczenia 50 tysięcy złotych księdzu z rady fundacji, która jest właścicielem spółki Srebrna. W zamian miał zgodzić się na działania deweloperskie na ternie należącym do Srebrnej.

Mikołaj Lizut pytał w TOK FM Romana Giertycha, jednego z pełnomocników Birgfellnera, czy ma jeszcze nadzieję, że sąd uchyli decyzję prokuratury o odmowie śledztwa.

- Mam świadomość, że dla sędziego nie jest łatwe procedowanie w sprawie, która dotyczy prezesa partii rządzącej. Jednak materiały są oczywiste, powinno być wszczęte śledztwo. Nie przesądzam, czy powinny być postawione zarzuty oszustwa czy korupcji menedżerskiej, ale zeznania Birgfellnera nie budzą żadnych wątpliwości. On przedstawił jako dowód z tego dnia, w którym miał wręczać kopertę z 50 tysiącami, wyciąg z banku, dowód w postaci dokumentu bankowego. Przedstawił osoby, które były świadkami tego zdarzenia i można łatwo je przesłuchać – przypominał Giertych.

Tymczasem prokuratura zabrała się za przesłuchiwanie dziennikarzy "Wyborczej" i adwokatów Geralda Birgfellnera. Chodzi o odnalezienie źródła przecieku zeznań o kopercie z 50 tysiącami złotych, które szef PiS miał wręczyć księdzu z rady fundacji nadzorującej spółkę Srebrna.

- Wszczynanie śledztwa w sprawie tego, kto dopuścił się przecieku do "Wyborczej" jest absurdalne. Przeciek z akt prokuratorskich jest penalizowany, kiedy mamy do czynienia z materiałami, które mają charakter tajny i są objęte tajemnicą śledztwa, żeby chronić postępowanie. A tu mamy do czynienia z rzeczami, które Birgfellner mówił publicznie – skomentował Roman Giertych.

- To jest nękanie pełnomocników. A koincydencja czasowa przed tym posiedzeniem ma wywołać efekt mrożący. Chcą zastraszyć pełnomocników, dziennikarzy, to śmieszne – dodał.

Birgfellner równocześnie domaga się zapłaty od Kaczyńskiego na drodze procesu cywilnego. Pełnomocnik biznesmena podkreślił jednak, że nie wierzy, że postępowanie przed sądem cywilnym ma szanse zakończyć się pomyślnie dla jego klienta.

- Mój mocodawca złożył to zawiadomienie do prokuratury, bo sprawa wymaga zabezpieczenia dokumentów Srebrnej. To może zrobić tylko prokuratura, nie sąd cywilny. Bez śledztwa w tej sprawie trudno mi sobie wyobrazić skuteczność pozwu cywilnego. Gerald Birgfellner postępował z zaufaniem do swojej rodziny i tak do końca nie postępował ze standardami biznesowymi. To przecież mąż kuzynki Jarosława Kaczyńskiego. W warunkach rodzinnych relacji spodziewał się, że będzie potraktowany fair – tłumaczył Giertych.

Gerald Birgfellner vs. Jarosław Kaczyński

Przypomnijmy, w zeszłym roku "Gazeta Wyborcza" opublikowała zapisy i nagrania rozmowy z lipca 2018 roku m.in. prezesa Prawa i Sprawiedliwości Jarosława Kaczyńskiego i Geralda Birgfellnera, która dotyczyła planów budowy w Warszawie dwóch wieżowców przez powiązaną ze środowiskiem PiS spółkę Srebrna. 

Inwestycje miał przerwać sam prezes PiS. Jarosław Kaczyński miał wstrzymać budowę m.in. ze względu na nieprzychylność władz miasta, a także z uwagi na zbliżające się wybory. Gerald Birgfellner przekonuje, że padł ofiarą oszustwa, a za swoją pracę nie otrzymał wynagrodzenia. 

DOSTĘP PREMIUM

DOSTĘP PREMIUM