Tomasz Lis odpowiada Joannie Lichockiej: Dziękuję pani i panu Kurskiemu. Jakoś sobie poradzę

PiS pracuje nad nowymi przepisami dotyczącymi mediów. Jak tłumaczyła Joanna Lichocka, to w interesie dziennikarzy leży, by na rynku nie było dominacji ani monopolu. Posłanka PiS podparła się przykładem Tomasza Lisa. - Czyli chodzi o to, żeby była dla nas robota - ironizował w TOK FM Jacek Żakowski. Sam Tomasz Lis podziękował za taką ofertę "pomocy".
Zobacz wideo

Jak informuje "Gazeta Wyborcza" jeden projekt ustawy dekoncentracyjnej i repolonizacyjnej przygotowywany przez Prawo i Sprawiedliwość powstaje w Ministerstwie Kultury, jako projekt Piotra Glińskiego, drugi zaś szykuje Solidarna Polska Zbigniewa Ziobry. W wywiadzie dla "Dziennika Gazety Prawnej" powody przygotowywania nowych przepisów tłumaczyła posłanka PiS Joanna Lichocka. "Chodzi o dekoncentrację całego rynku, ponieważ jest kilka potężnych grup medialnych, które w mojej ocenie zaczęły wręcz blokować możliwość swobodnej debaty i wolność słowa" - stwierdziła. Posłanka i członkini Rady Mediów Narodowych w wywiadzie wymieniła Tomasza Lisa, który jej zdaniem, "zadarł z TVN, potem z Polsatem i mediami publicznymi, więc teraz nie ma dla niego roboty w żadnej telewizji i jest skazany na małą grupę odbiorców w internecie".

Posłanka wyjaśniała dalej, że choć Lis "sam na swój los zapracował", to "dziennikarzy, którzy nie mają dla siebie miejsca, jest więcej". - W ich interesie leży, by na rynku działało jak najwięcej podmiotów, by nie było dominacji ani monopolu, tylko równowaga. A równowaga to wielość podmiotów, tytułów, opinii - mówiła polityczka, która na dłuższy skierowała - swoim słynnym gestem - uwagę opinii publicznej na pieniądze, jakie trafiają z budżetu państwa do mediów publicznych

- Czyli chodzi o to, żeby była dla nas robota - ironizował w Poranku Radia TOK FM Jacek Żakowski. - Tomek cieszysz się? Jej chodzi o to, żeby Jacek Kurski dał ci robotę - dopytywał, wywołując Tomasz Lisa do skomentowania sprawy.

- Nie, dzięki. Dziękuję pani Lichockiej i panu Kurskiemu. Z całym szacunkiem, jakoś sobie poradzę - odparł Lis, dodając, że w rozważanych przez PiS wariantach dekoncentracji mediów wcale nie chodzi o wprowadzenie wzoru francuskiego czy niemieckiego. - Tu chodzi o wariant putinowski, wprowadzenie takiego ograniczenia na rynku mediów, żeby właścicieli zagranicznych najlepiej z niego wypchnąć, zmusić do tego, żeby sprzedali swoje aktywa, gazety, stacje telewizyjne czy udziały w nich. I nie chodzi o żadną repolonizację czy dekoncentrację, tylko o "pisyzację". Jak chcecie funkcjonować na rynku, to macie być taką telewizją, jak telewizja Kurskiego albo takim radiem jak obecna "Trujka" przez "u" otwarte - ocenił.  

Blokada na podcaście? Odblokuj wszystkie podcasty za 5 zł

Zdaniem prof. Wiesława Władyki w "pełnej skali" plan PiS się chyba jednak nie powiedzie. - Bo będzie opór, też zewnętrzny, bo (na polskim rynku mediów) są pieniądze prawdziwe, w tym amerykańskie i republikańskie w dużej części. W związku z tym to będzie jakiś rodzaj tasowania się. Niemniej ta taktyka polegać będzie na gnębieniu, otaczaniu, psuciu całej sytuacji medialnej, w której media, które nie chcą się podporządkować, które wykazują jakąś wiarygodną rzetelność, znajdą się w otoczeniu bardzo niechętnym i wrogim - stwierdził publicysta "Polityki". - Mówienie w tej chwili o tym, że ta rewolucja medialna ma poszerzyć demokrację i pluralizm, ma dać większą wolność słowa, ma dać pracę Tomaszowi Lisowi itd., przecież to są rzeczy wręcz z jakiegoś żałosnego kabaretu - podkreślił.  

Tomasz Lis zaznaczył, że już sama zapowiedź takich kroków przez rząd może mieć efekt mrożący. - Iluś ludzi się zawaha, iluś ludzi będzie się bało, iluś ludzi będzie się mitygować wyrażając swoją opinię. To już spowoduje, że część mediów będzie funkcjonowało - bez wprowadzenia jakichkolwiek rozwiązań instytucjonalnych - na emocjonalnym przykurczu, w obawie przed tym, co mogłoby się stać czy się stanie - przestrzegł redaktor naczelny "Newsweeka".

DOSTĘP PREMIUM