Rok Mariana Banasia w NIK. "On wciąż jest przekonany, że PiS chce go odwołać"

- W tym momencie Marian Banaś jest gotowy patrzeć PiS na ręce, bo taki ma interes. Nie mamy jednak żadnej gwarancji, że ten interes się nie zmieni i Banaś nie zacznie się z nimi dogadywać. Na razie ewidentnie jest na kontrze - mówi nam redaktor Andrzej Stankiewicz. Od powołania Banasia na prezes Najwyższej Izby Kontroli mija w niedzielę dokładnie rok. Czy Prawo i Sprawiedliwość już na dobre przestało dążyć do jego odwołania?
Zobacz wideo

Były brawa, oklaski, gratulacje i iście świąteczna atmosfera - 30 sierpnia ubiegłego roku Sejm, głosami Prawa i Sprawiedliwości, powołał Mariana Banasia na szefa Najwyższej Izby Kontroli. Tym samym przejął nadzór nad jedną z ostatnich niezależnych wobec obozu władzy instytucji. Tak się przynajmniej wtedy wydawało. Banaś, wcześniej minister finansów i osoba blisko związana z ważnymi politykami PiS - miał być zbrojnym ramieniem partii rządzącej w NIK.

Idealny plan popsuł się wraz z emisją materiału "Superwizjera" TVN niecały miesiąc później. Bertold Kittel ujawnił w nim m.in., że Marian Banaś miał zaniżać w oświadczeniach majątkowych dochody z wynajmu nieruchomości w Krakowie. Mowa była także o zorganizowaniu w dawnej kamienicy Banasia pokoi na godziny oraz o kontaktach z krakowskim półświatkiem. Początkowo przedstawiciele partii rządzącej zaciekle bronili nowego szefa NIK. Przekonywali o jego uczciwości i rzetelności. Mówili, że jest "kryształowy", krytykowali TVN. Sam prezes NIK także od samego początku nie przyznawał się do zarzucanych mu przez dziennikarzy spraw i zapewniał, że o swoje dobre imię jest w stanie walczyć w sądzie. 

Mniej więcej na przełomie listopada i grudnia PiS zmienił kurs i zaczął dążyć do odwołania Banasia ze stanowiska w NIK. Zgodnie z obecnym prawem jest to w zasadzie niemożliwe - Banaś sam musiałby podać się do dymisji. Jak donosiły media - nawet próbował to zrobić i za pośrednictwem kierowcy przekazał marszałek Sejmu swoją rezygnację. Elżbieta Witek miała odesłać ją z powrotem - inaczej zredagowaną. Koniec końców Banaś został w NIK i szybko zaczął przeprowadzać kontrole niewygodne dla obozu władzy. I tak na przykład już grudniu NIK wytknął nieprawidłowości w wydatkowaniu pieniędzy z Funduszu Aktywizacji Zawodowej Skazanych oraz Rozwoju Przywięziennych Zakładów Pracy i zapowiedział kilkanaście zawiadomień do prokuratury. W lutym alarmował, że polskim służbom udaje się odzyskać jedynie niewielką część majątku pochodzącego z przestępstw, a za brak odpowiednich przepisów i procedur obwiniał przede wszystkim Ministerstwo Sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry. Ostatnio natomiast wytknął niegospodarne prowadzenie państwowych hodowli koni w Polsce czy niewydolny i nieskuteczny system szkolenia szeregowych żołnierzy i podoficerów w Wojsku Polskim.

To nie koniec. W lutym Onet donosił o rozpoczęciu kontroli w Prokuraturze Krajowej. W lipcu sama NIK informowała z kolei, że rozpoczyna "kontrolę doraźną" w związku z przygotowaniem wyborów prezydenckich, które były zaplanowane na 10 maja. W planach na ten rok instytucja kierowana przez Banasia ma również kontrole m.in. w TVP czy Służbie Ochrony Państwa.

"Próba sił"

- Dzięki całemu temu zawirowaniu po materiale TVN, który doprowadził do nieporozumień z politykami PiS, Marian Banaś stara się być jakoś elementarnie niezależny i tylko dzięki temu NIK faktycznie podejmuje te kontrole - mówi nam poseł Nowoczesnej Adam Szłapka, członek sejmowej komisji ds. służb specjalnych. Jego zdaniem, gdyby nie doniesienia dziennikarzy i cała "afera Banasia" z końca ubiegłego roku - nowy szef NIK "byłby bardzo lojalnym funkcjonariuszem PiS". Dlatego Szłapka podtrzymuje, że Marian Banaś - jako były "czynny polityk obozu rządzącego, nigdy nie powinien zostać powołany na tak ważne stanowisko".

- To, co się dzieje w tej chwili, to próba sił. Marian Banaś wykorzystuje NIK, żeby bronić się przed PiS, który po wyborach ma inne rzeczy na głowie - ocenia z kolei Andrzej Stankiewicz, zastępca redaktora naczelnego portalu Onet.pl. Pytany, czy określiłby Banasia niezależnym szefem NIK stwierdza jasno: "Nie, bez przesady". - W tym momencie to człowiek, który jest gotowy patrzeć PiS na ręce, bo taki ma interes. Nie mamy jednak żadnej gwarancji, że ten interes się nie zmieni i Banaś nie zacznie się z nimi dogadywać. Na razie ewidentnie jest na kontrze - stwierdza publicysta.

"Banaś jest przekonany, że PiS chce go odwołać"

Przypomnijmy, Prokuratura Regionalna w Białymstoku prowadzi rozpoczęte w grudniu śledztwo dotyczące m.in. podejrzeń nieprawidłowości w oświadczeniach majątkowych i deklaracjach podatkowych Mariana Banasia. W lutym CBA dokonywało głośnych przeszukań w mieszkaniach i biurze szefa NIK, a także jego syna - Jakuba. Od tamtej pory nie ma jednak informacji, by PiS jakkolwiek zajmował się "sprawą Banasia". Obóz władzy dał sobie spokój z próbą jego odwołania?

- Prawo i Sprawiedliwość ma w tej chwili inne rzeczy na głowie. Nie wiem, czy zdecyduje się na próbę odwołania Banasia. To jest prawnie i konstytucyjnie bardzo skomplikowana ścieżka - mówi Stankiewicz. Zaznacza, że prezes Trybunału Konstytucyjnego Julia Przyłębska prawdopodobnie zaakceptowałaby wszystkie propozycje zmian w przepisach dotyczących prezesa NIK, które zaproponowałaby partia Kaczyńskiego, jednak powrót do tej sprawy mógłby niewygodny także dla PiS. - Dla nich mniejszych kosztem byłaby próba dogadania się z Marianem Banasiem - ocenia dziennikarz.

Co ciekawe, zdaniem Stankiewicza, Banaś wciąż jest przekonany, że znajduje się na celowniku. - On naprawdę wierzy w to, że PiS przygotuje ustawę, która pozwoli zawiesić prezesa Najwyższej Izby Kontroli w sytuacji, kiedy usłyszy zarzuty i że oni mu te zarzuty postawią - mówi. - W związku z tym jest wiele rzeczy, które robi w NIK przygotowując się na taką ewentualność - dodaje.

Oprócz wspomnianych kontroli w niewygodnych dla Prawa i Sprawiedliwości instytucjach jest to też wymiana kadrowa. Stankiewicz zwraca uwagę, że w NIK panuje bardzo duża rotacja, bo Banaś sprowadza tam swoich ludzi. Jedna z najgłośniejszych ostatnio dymisji to odwołanie dyrektora generalnego NIK Andrzeja Stycznia, bardzo ważnego urzędnika instytucji. Styczeń to człowiek, który na stanowisko został powołany jeszcze przez poprzedniego prezesa Krzysztofa Kwiatkowskiego. Jak podawał Onet, Banaś chciał go odwołać od dłuższego czasu, stopniowo odbierał mu kompetencje i w końcu dopiął swego.

- Ta zmiana nie byłaby możliwa bez zgody PiS. Marszałek Elżbieta Witek się na nią zgodziła, co też pokazuje, że Banaś jest w stanie się dogadać z politykami partii rządzącej - zauważa redaktor Stankiewicz.

Kolejną ważną zmianą kadrową było odsunięcie wiceprezesa NIK Tadeusza Dziuby od nadzoru nad kontrolami, a wcześniej złożenie zawiadomienia do prokuratury o podejrzeniu popełnienia przestępstwa właśnie przez Dziubę. Wiceprezes miał - jak pisał Onet - wpływać na wyniki kluczowej kontroli dotyczącej skuteczności działań Beaty Kempy jako ministra odpowiedzialnego za zagraniczną pomoc humanitarną. Banaś domagał się odwołania swojego zastępcy, ale Tadeusz Dziuba to człowiek PiS, więc tu ze zgodą marszałek Witek było trudniej.

Ambitne plany szefa NIK

Zdaniem Tomasza Żołciaka z "Dziennika Gazety Prawnej" pierwszy rok kadencji Mariana Banasia to układanie się szefa wewnątrz tej instytucji. - On ma swoją wizję funkcjonowania NIK i bardzo ambitne plany. Na przykład chce położyć duży nacisk na zinformatyzowanie procesu kontroli, zwłaszcza przy kontroli budżetu państwa. Mówi się nawet o wykorzystaniu rozwiązań z zakresu sztucznej inteligencji. Za poprzedniego prezesa, Krzysztofa Kwiatkowskiego, na te cele przeznaczano rocznie kilka milionów złotych, teraz ma to być kilkanaście razy więcej. Niektórzy jednak powątpiewają, czy zwiększone wydatki na informatyzację faktycznie przełożą się na unowocześnienie procesu kontrolnego i zwiększenie efektywności NIK - mówi Żółciak.  

Na czym miało by to polegać w praktyce? Otóż, kontrola nie miałaby już polegać na tym, że do danej instytucji państwowej przychodzą kontrolerzy NIK i pytają, czy mogą prowadzić działania, a w zamian dostają tony dokumentów, które potem wertują przez kilka miesięcy. - Z relacji pracowników NIK wynika, że jeśli ten system informatyczny powstanie, to kontrolerzy podepną się tylko do sieci danej instytucji i poinformują, że trwa kontrola. Marian Banaś chce, żeby NIK przestał polegać na tym, co dostanie od urzędników, ale na tym, co kontrolerzy sami wydobędą. Przy czym zobaczymy, na ile to wielkie wizje, a na ile realny plan - precyzuje Żółciak.  

A to nie koniec inicjatyw Banasia. W grę wchodzi też m.in. zwiększenie liczby kontrolerów, to konik prezesa. Marian Banaś chce też zwiększyć nacisk na kontrole doraźne. Istotną rolę miałaby tu odegrać "specgrupa", złożona z najlepszych kontrolerów, o czym pisał w sierpniu "Dziennik Gazeta Prawna". - Takich kontroli doraźnych urzędnicy boją się najbardziej. Chodzi o reagowanie na jakieś sygnały, czy donosy, które wpływają do NIK i szybką kontrolę. Ta jednostka to może być taki "nikowski GROM" - wskazuje dziennikarz. Plus - zapowiadany przez Banasia - całościowy i kompleksowy "Raport o stanie państwa", który może się ukazać w przyszłym roku.  

Wciąż jednak nierozstrzygnięty i nie do końca jasny jest stan konfliktu między Banasiem a partią Jarosława Kaczyńskiego. Z jednej strony szef NIK stał się ostatnią instancją, do której zwraca się teraz opozycja i sygnalizuje nieprawidłowości w kręgach władzy. - Jest też druga hipoteza, bo przecież nie mamy pewności, czy to nie jest teatr. Nie wiemy, czy Marian Banaś nie ma zawartego jakiegoś "paktu o nieagresji" z Jarosławem Kaczyńskim. Niektórzy twierdzą, że PiS pozwala mu układać po swojemu NIK, a on traktuje polityków władzy jakby nic w przeszłości między nim a obozem władzy się nie stało. Przyszłość pokaże, jak to będzie wyglądać - podsumowuje Żółciak.

DOSTĘP PREMIUM