Prof. Sąsiadek: Strach przed urodzeniem dziecka ciężko chorego może blokować decyzję o powiększeniu rodziny

- Kobiety będą się bały zachodzić w ciążę. Zwłaszcza te po 35-40 roku życia. Będą się bały również te rodziny, w których urodziło się już jedno chore dziecko. Będzie to miało głębokie konsekwencje społeczne. Spadnie liczba urodzeń. To będzie strach paraliżujący - tak o orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego ws. aborcji mówi TOK FM profesor Maria Małgorzata Sąsiadek, szefowa Kliniki i Zakładu Genetyki Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu, była konsultantka krajowa w dziedzinie genetyki.
Zobacz wideo

Małgorzata Waszkiewicz, TOK FM. Co dla polskich rodzin w praktyce oznacza decyzja Trybunału Konstytucyjnego, że aborcja z powodu ciężkiego uszkodzenia płodu jest niezgodna z konstytucją?

Profesor Maria Małgorzata Sąsiadek, szefowa Kliniki i Zakładu Genetyki Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu, była konsultantka krajowa w dziedzinie genetyki: To jest tragiczna wiadomość. Strach przed urodzeniem dziecka ciężko chorego będzie dla wielu ludzi momentem blokującym decyzje o posiadaniu dzieci. To też straszliwy przymus dla matki. Rodzi wtedy dziecko głęboko niepełnosprawne i nie ma wyboru. Jest postawiona w sytuacji bez wyjścia. Kobiety będą się bały zachodzić w ciążę. Zwłaszcza te po 35-40 roku życia. Będą się bały również te rodziny, w których urodziło się już jedno chore dziecko. Będzie to miało głębokie konsekwencje społeczne. Spadnie liczba urodzeń. To będzie strach paraliżujący.

Pracuje Pani z rodzinami od wielu lat. Jak reagują, gdy dowiadują się, że dziecko będzie niepełnosprawne?

Gdy rodzice dowiadują się, że ich dziecko będzie chore, to z reguły pytają, co ta choroba dla niego oznacza. Najpierw pytają o nie, potem o konsekwencje dla pozostałych pociech w rodzinie, a na końcu pytają o siebie. Jeżeli jest to choroba, którą można leczyć, a dziecko będzie mogło się rozwijać i nie będzie cierpiało, to z reguły decydują się na posiadanie takiego dziecka. Moment urodzenia jest dla nich momentem, do którego są przygotowani. Bo to jest decyzja świadoma.

Na pewno spotkała się Pani z komentarzami, że kobieta usunęła ciążę, bo nie chciała problemu w życiu, a inna poszła na zabieg dla wygody.

Przy mnie nikt się nie odważył na takie komentarze. Oczywiście mam świadomość, że one się pojawiają. Każdy jednak sądzi po sobie. Miałam kilku protegowanych pacjentów, którzy głośno wykrzykiwali takie hasła. Do czasu. Do momentu, gdy problem ich nie dotyczył. Gdy okazało się, że to dotyka bezpośrednio ich rodzin, ich żon i córek, wtedy szybko zmieniali ton i hasła. Prosili o badania prenatalne, diagnozy i możliwość zabiegu przerwania ciąży. Takie wypowiedzi wynikają z prymitywizmu myślenia, bezduszności i nieludzkiej bezwzględności wobec osób dotkniętych tragedią. Rodzice nie podejmują decyzji o aborcji, żeby rozwiązać sobie problem. Radykalna większość z nich bardzo ciężko to przeżywa.

Prolajferskie środowiska publikują piękne zdjęcia niepełnosprawnych, uśmiechniętych dzieci, sielskie fotografie różowych bobasów. Komentują je w ten sposób, że gdyby matka usunęła ciążę, tych dzieci nie byłoby na świecie.

To manipulacja.

Gdy mówimy o głębokich wadach płodu, to, o jakich niepełnosprawnościach mówimy?

Mówimy o ciężkich chorobach. To nie tylko zespół Downa, ale też zespół Edwardsa, zespół Pataua. Mówimy tu o ponad ośmiu tysiącach chorób rzadkich, które prowadzą czasem do dramatycznych konsekwencji. To dzieci, które nie słyszą, nie widzą, nie chodzą, mają przykurcze mięśni, niewydolne nerki, całe życie spędzają w łóżku. Te dzieci już zawsze będą wymagały opieki. Gdy patrzę na te zdjęcia, o których Pani mówi: te śliczne bobasy, te uśmiechnięte dzieci z zespołem Downa w objęciach polityków, to zastanawiam się, gdzie oni wszyscy byli, kiedy był protest matek dzieci niepełnosprawnych? Gdzie oni wszyscy byli? Polska nie dba o te dzieci, nie dba o te rodziny, nie dba o niepełnosprawnych. Gdzie jest system wspomagania? Gdzie jest system opieki?

To bardzo wyraźnie widać, gdy przeanalizuje się system opieki nad dziećmi terminalnie i nieuleczalnie chorymi. Jedna trzecia - a w niektórych województwach większość - hospicjów dziecięcych prowadzonych jest przez organizacje pozarządowe. Heroizm rodziców i działalność organizacji społecznych pozwalają na to, że dzieci są rehabilitowane tak często, jak tego potrzebują, a nie tyle razy w tygodniu, ile gwarantuje kontrakt z NFZ. To fundacje i stowarzyszenia dbają o to, żeby dzieci miały dostęp do leków, sprzętu, a nawet do pieluch, bo państwo - w niektórych przypadkach - płaci za dwie pieluchy na dobę.

Dokładnie tak jest. To świadczy o bezduszności machiny państwowej. Ale ja zapraszam też do domu dziecka, gdzie znajdują się niepełnosprawne dzieci, niechciane przez rodziców lub takie, które zostały oddane przez rodziców, bo opieka nad chorym dzieckiem ich przerosła, bo nie mieli na to siły i pieniędzy. Ten system opieki jest ułomny. W mediach pełno jest przecież ogłoszeń i akcji zbierania pieniędzy na chore dzieci. Ja pytam, gdzie jest państwo? Gdzie są politycy, którzy mają pełne usta frazesów? Gdzie jest Kościół? Gdzie są ci wielkoduszni i bogobojni? Gdzie oni wszyscy są, gdy stają twarzą w twarz z prawdziwym ludzkim nieszczęściem?

Logicznie myśląc, teraz niepełnosprawnych dzieci będzie rodziło się więcej. Stać nas na to?

Nie stać. I to nie jest prawda, że niepełnosprawne dziecko nie stanowi zmiany w życiu rodziny. Wszyscy mówimy o matkach. To prawda. Teraz kobieta została faktycznie sprowadzona do roli inkubatora. Gdy zachodzi w ciążę, traci podmiotowość prawną. Staje się inkubatorem, który ma urodzić dziecko. W momencie, kiedy rodzi dziecko, to dziecko już nikogo nie interesuje. Problem jednak dotyka wszystkich, całej rodziny. Ojca, rodzeństwa, dziadków. Jest to ogromna trauma, ogromna tragedia, ogromny wysiłek. Koszty emocjonalne dotyczą nie tylko matki. Choć to ona, bez wątpienia, jest w najtrudniejszej sytuacji.

Dlatego to, co się stało, jest przerażające. Pod płaszczykiem zasad humanitarnych przejmuje się władzę nad kobietami, nad polskimi rodzinami. To ukryta gra polityczna. Nie zrobił tego Sejm, nie zrobił tego Senat, nie zablokowała tego opozycja. Zrobił to pseudo Trybunał. Wszyscy umyli ręce, a konsekwencje poniosą całe rodziny.   

A może zawiodła edukacja? Dotychczasowe prawo nie zmuszało przecież do aborcji. Dawało wybór.

Oczywiście. To kwestia prawa do wyboru. Każdy człowiek ma prawo kierować się własnymi zasadami i własnym sumieniem. Państwo i system prawny nie jest od tego, żeby narzucać ludziom morale, wnikać w najbardziej dramatyczne i intymne ludzkie wybory. Ja myślę, że taka świadomość w Polsce jest. Nie mają jej ludzie, którzy nie chcą jej mieć.

W Polsce kobiety rzadko mówią głośno i odważnie o usuwaniu ciąży, bo boją się stygmatyzacji i wykluczenia.

Jest to jedna z większych tragedii społecznych naszego kraju. Jedna z najgorszych rzeczy, jakie teraz obserwujemy, to wzbudzanie nienawiści. Piętnowane są kobiety, które zdecydowały się na aborcję, piętnowani są ludzie nieheteroseksualni, piętnowani są ludzie innej wiary. W Polsce narasta podział społeczny, narasta łatwość piętnowania i stygmatyzacji. Tak jak w tej piosence: "Trwoga, ludzie, wielka trwoga/ Trzeba nam wyznaczyć wroga/ Bo inaczej, Panie, Pany/ Same się powyrzynamy".

I dokładnie w tym kierunku podąża nasze społeczeństwo. Mam jednak nadzieję, że to, co się teraz stało, wstrząśnie Polakami. Mam nadzieję, że otworzymy oczy. Ludzie są różni, podejmują różne decyzje. Również w sprawie aborcji. 

Jest Pani zwolenniczką aborcji?

Gdy rozmawiałyśmy trzy lata temu, zadała mi Pani podobne pytanie. Powiedziałam wtedy, że nie mogę powiedzieć, jakie są moje poglądy, bo przychodzą do mnie różni pacjenci. Chciałam, żeby każda pacjentka czuła się u mnie bezpiecznie. Zarówno ta kobieta, która zdecydowała się na aborcję, jak i ta, która pod żadnym pozorem nie przerwałaby ciąży. Być może popełniłam wtedy błąd, chowając się za jakąś poprawnością. Ta poprawność doprowadziła mnie do nieujawniania swoich poglądów.

Tak pojęta poprawność dotyczy chyba wielu ludzi.

Wszyscy wpadliśmy w pułapkę tej poprawności.  Ale dziś jesteśmy wyprowadzeni na barykady. To nie jest czas pokoju. To czas konkretnych deklaracji. Dziś nie można się chować za brakiem poglądów.

To jest Pani zwolenniczką aborcji?

Tak, jestem zdecydowaną zwolenniczką aborcji. Jestem zwolenniczką aborcji, gdy kobieta sobie tego życzy, gdy dziecko jest chore, gdy rodzina ma trudną sytuację socjalną, gdy ciąża pochodzi z gwałtu. Kobiety mają pełne prawo wyboru, prawo do decyzji, jak chcą żyć. Jeśli im się trafi ciąża i chcą ją przerwać, powinny mieć do tego prawo. Tak długo, jak dziecko nie jest w stanie sobie poradzić poza organizmem matki, nie jest samodzielnym istnieniem. Oczywiście jest moment, kiedy płód uzyskuje dojrzałość, to 20-22 tydzień ciąży. To jest granica. Po tym czasie nie powinno się przerywać ciąży. W większości europejskich krajów zabieg jest możliwy do 12. tygodnia.

To są oczywiście bardzo trudne kwestie, skomplikowane medycznie. Wymagają pogłębionej, merytorycznej dyskusji i konsultacji. W żadnym wypadku jednak grupa kilkunastu osób z nadania politycznego nie może o tym decydować. I nie można stawiać znaku równości między żyjącą, myślącą kobietą, która ma swoje plany, pragnienia i prawa a płodem. I nikt nie ma do tego prawa!

DOSTĘP PREMIUM