Przez rok jeździł za politykami. "Politycy PiS na wsi nie prawili kazań" [FRAGMENT KSIĄŻKI]

Niezależnie jak głosujemy, to od 2015 roku żyjemy w świecie wyobrażeń i symboli narzucanych przez PiS - przekonywał w TOK FM Dawid Krawczyk, dziennikarz i autor książki "Cyrk Polski", która opisuje ostatnie kampanie wyborcze z perspektywy politycznych pikników i wieców.
Zobacz wideo

Dawid Krawczyk spędził ponad rok przyglądając się z bliska ostatnim trzem kampania wyborczym. Jeździł za politykami po całej Polsce. Owocem tego jest książka "Cyrk Polski", o której Krawczyk opowiadał Tomaszowi Stawiszyńskiemu na antenie radia TOK FM.

Nie słuchasz podcastów? To dobry czas, by zacząć. Dostęp Premium za 1 zł!

Jak sam przyznał, choć starał się bywać na wiecach wszystkich liczących się partii politycznych, to najwięcej stron w książce poświecił Prawu i Sprawiedliwości. - Nawet Jarosław Kaczyński znalazł się na okładce. Niezależnie jak głosujemy, to od 2015 roku żyjemy w świecie wyobrażeń i symboli narzucanych przez PiS. W trakcie prac nad książką cały czas miałem poczucie, że nie wystarczająco odpowiedzieliśmy sobie na pytanie, dlaczego partia Kaczyńskiego ma takie, a nie inne poparcie. Dlatego poświęciłem jej najwięcej miejsca - mówił Krawczyk. 

Stawiszyński po lekturze książki ocenił, że największą siłą Prawa i Sprawiedliwości jest afirmacja społeczeństwa takim, jakie jest. Z tą tezą zgodził się Dawid Krawczyk. - Widać to szczególnie na pierwszych stronach mojej książki, kiedy opisuje kampanię przed eurowyborami w 2019 roku. Jeszcze tak mocno nie wchodził tam temat niechęci do osób LGBT. Kampania PiS skupiona była w dużej mierze na wsi, bo tam toczono walkę o rząd dusz z PSL. Politycy PiS nie przyjeżdżali na wsie pouczać ludzi, czy prawić kazania. Oni powtarzali ludziom, że są u siebie i Polska jest ich. Podkreślali, że nie trzeba jeść włoskiej pizzy, ale można gotować swojskie potrawy. Dowartościowywali ludzi - ocenił autor "Cyrku Polskiego". 

I jak sam zaznaczył, sformułowanie "kiełbasa wyborcza", podczas pracy nad książką, przestało mieć dla niego tylko metaforyczne znaczenie. - Bo ta kiełbasa smażyła się wszędzie, a dym z grilla towarzyszył niemalże wszystkim wizytom na politycznych piknikach kampanijnych. W zasadzie to był główny element mojej diety - przyznał gość TOK FM. 

Fragment książki "Cyrk Polski" Dawida Krawczyka:

Na liście gości jest podobno cztery i pół tysiąca osób. Urzędnicy, dziennikarze, eksperci, związkowcy i politycy wbici w garnitury, garsonki i suknie będą pomykać po katowickim Spodku przez trzy dni konferencji PiS-u „Myśląc Polska”. Oficjalnie to trzy dni wytężonej pracy nad programem partii, który zostanie ogłoszony kilka miesięcy później. W rzeczywistości okazja, żeby w jedno miejsce ściągnąć wszystkich, którzy robią w tak zwanej dobrej zmianie. A zupełnie nieoficjalnie – ostatnia prosta przed ustaleniem najważniejszych pozycji na listach wyborczych.

Tu nie ma na korytarzach randomowych ludzi, których spotykam zazwyczaj na pisowskich wiecach: gorliwców z portretem Kaczyńskiego czy zawodowych hejterów Tuska. Tylko kilkoro wariatów lata przed wejściem ze starymi komórkami, polując na selfie z prezesem, ministrami i Macierewiczem. Katowicka konferencja to impreza, na którą zjechała partia. To znaczy: nie każdy, kto tu przyjechał, formalnie do niej należy, ale z partii na pewno korzysta, bo jest na przykład lobbystą branży monitoringu i pragnie poocierać się o decydentów z MSWiA. Bo wyprodukował za publiczny hajs powstańczy  film w wirtualnej rzeczywistości i chwali się nim w hallu. Albo jest gwiazdą państwowej telewizji, spółki Skarbu Państwa czy innej specjalnej strefy ekonomicznej.

Mielę jakieś paskudnie przecukrzone ciasto wystawione w pokoiku dla mediów. Za chwilę na scenę wyjdzie konferansjer, żeby zagrzewać dystyngowany tłum do politycznych uniesień. Krzyknie coś, że trzeba „myśleć Polska”, bo to najważniejsze, co można myśleć, a przy okazji hasło przewodnie wydarzenia. Ale najpierw walnie mnie po nosie Bond. Bynajmniej nie James Bond, agent Jej Królewskiej Mości, tylko perfumy Bond. Ciężkie i duszne, jakby w parny dzień mordę wsadzić w kwitnący kwiat.

– Przepraszam, przepraszam. Ale się zmachałem, proszę pana, bo mnie córka zamknęła w mieszkaniu. Na balkonie. To znaczy nie tak po złości czy coś. – Starszy łysiejący mężczyzna z siwą zaczeską się śmieje. Musiał pędzić na złamanie karku, bo aż z niego paruje. Na koszuli rozrastają się ciemne plamy potu, co podbija jeszcze woń Bonda. – Nie po złości, tylko takie drzwi mamy, że jak się trzaśnie, to później trudno otworzyć. Zresztą już sam nie wiem, może tylko tak mówiła, a tak naprawdę to nie chciała żebym poszedł? Bo wie pan, ona wcale nie jest jakoś za PiS-em – kontynuuje, nie czekając na moją odpowiedź.

Odruchowe kiwanie głową i pomruk zrozumienia na razie mu wystarczają.

– A pan za PiS-em, tak? – Udaje mi się wciąć.

– No tak, pewnie, że tak. Leonard jestem, pułkownik Leonard. – Nie tylko pachnie Bondem, ale i przedstawia się jak Bond. James Bond. – Mamy chyba trochę czasu, to panu powiem coś, bo widzę, że pan jeszcze młody jesteś. Jestem emerytowanym żołnierzem. Całe życie byłem żołnierzem. Ale nigdy nie wstąpiłem do partii, to znaczy do tej partii, wiesz pan której, PZPR. Nie żebym był z tego jakoś dumny, ale tutaj, na tych krzesłach przed nami, siedzą moi koledzy, co byli i w wojsku, i w partii.

– A to ciekawe. Bo myślałem, że PiS to taka partia, co tak raczej spod byka patrzy na ludzi z PZPR. Przynajmniej tak się przedstawia. Nie zgodzi się pan? – Trafiam w pauzę w żołnierskim słowotoku pułkownika Leonarda.

– Może i tak opowiadają. Przy tych emeryturach grzebali… Ale ja panu powiem tak: niech mi pan wierzy, moi koledzy tu siedzą i w partii byli. A ja nie byłem. I żałuję.

– Czego pan żałuje? – pytam zaciekawiony.

– No, że nie byłem w partii. Żałuję, bo wie pan, może bym i wyżej zaszedł. Pewnie tak. Jednego się w życiu nauczyłem: w partii lepiej być, niż nie być. Dlatego się na starość zapisałem do PiS-u. I córce też mówię, żeby się zapisywała, nie świrowała. Ona jest prawniczka, to tym bardziej się jej przyda. Pan się też zapisz – namawia mnie pułkownik.

– Po co mi to? Politykę to chyba lepiej na dystans trzymać. – Zbijam nieoczekiwaną sugestię bzdurnym kocopołem.

– Też tak myślałem. Ale później zmądrzałem. A pan możesz zmądrzeć już teraz. PiS będzie rządził jeszcze szesnaście lat. Teraz już rządzi cztery, później kolejne cztery, a później jeszcze dwa razy po cztery. – Przepowiednia pada z taką pewnością, jakby mój rozmówca podawał wzór na pole trapezu.

Cztery plus cztery i dwa razy cztery to bez wątpienia szesnaście, ale jak to pułkownik wyliczył, już się nie dowiem. Lasery poszły w ruch, z głośników piznął bas, na scenę wkroczył konferansjer zawodzący jak komentator bokserski.

Konferencję programową czas zacząć!

Nieszczególnie porywające to wydarzenie. Kilkuset garniturowców słucha okrągłych, wygładzonych wypowiedzi polityków, którzy gadają sami ze sobą. Idę się przejść po korytarzach.

W kubiku, takim z pięć metrów na pięć, siedzi trzech facetów z okularami VR nasuniętymi na oczy i słuchawkami na uszach. Kręcą się na biurowych fotelach. Za nimi rozciąga się obita tkaniną ścianka z dwojgiem aktorów w strojach powstańczych, mknących przez kanał.

– Kartka z powstania. Film w wirtualnej rzeczywistości wyprodukowany przy wsparciu Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Zapraszam pana, trwa zaledwie kilkanaście minut, ale wrażenia pozostają na zawsze – zachęca mnie wyraźnie podniecony promotor dzieła.

Nie wiem, czy to zachęta, czy groźba, że powstanie w VR zostanie ze mną na całe życie, ale siadam.

Powstaniec, czyli ja (bo to wirtualna rzeczywistość), otwiera oczy. Jestem w kanale i budzi mnie sanitariuszka. Odpicowana, w wykrochmalonej koszuli, jakby szła ze święconką do kościoła, a nie walczyła o życie w zalepionych gównem rurach. Oprócz mnie i sanitariuszki jeszcze dwóch powstańców. I jak to chłopaki-wojaki jajcują sobie, że mnie – też powstańcowi – wpadła w oko sanitariuszka, he, he. Dziewczyna z kolei trzepoce rzęsami i wdzięczy się do mnie, ledwie żywego. Do końca jeszcze kilkanaście minut. Jak to się będzie rozwijać w takim tempie, myślę, to zaraz zacznie się jakiś VR peep show, podczas gdy ja w przedpokoju PiS-owskiej konwencji kompletnie nie wiem, co się dzieje w realu. Na szczęście scenariusz spuszcza trochę z klimatu porno i zaczyna się łubu-dubu: Niemcy strzelają, biją, obtańcowują i gwałcą polskie kobiety. Moja ekipa heroicznie walczy, rzuca granatami, strzela z karabinów i podpala kałuże pełne benzyny. Bum! Dostaję postrzał w samo serce. Padam, ale żyję. Bo na piersi mam kartkę z powstania. Zapisek z modlitwą.

Ściągam gogle. Podniecony producent już przy mnie stoi.

– I jak? I jak? Robi wrażenie, prawda? – mówi jak nakręcony. Jakby sam wyszedł właśnie z powstańczego kanału.

– No, robi wrażenie. Dobrze powiedziane – powtarzam. Nawet nie kłamię. On też nie kłamał. Zapamiętam ten powstańczy pornos na całe życie.

Reszta kongresowych wydarzeń nie jest już tak emocjonująca. Pełno dłużących się dyskusji w małych salkach, w których zwolennicy PiS-u rywalizują ze zwolennikami PiS-u o to, kto bardziej nie znosi elit III RP. W kuluarach też ciągle to samo: dziennikarka „Wyborczej” z reporterem TVN24 latają za politykami Prawa i Sprawiedliwości, zadając pytania uciekającym plecom. A później podniecają się w pokoiku dla prasy, że zdobyli zajebiste ujęcia władzy, która boi się mediów. Chociaż kiedy mieli ich na widelcu i rzeczywiście mogli sensownie przyszpilić, pytali o tweety Donalda Tuska.

Telewizja Polska zorganizowała w Spodku własne studio. Przewijają się przez nie w ciągu kilku dni publicyści prawicowych tygodników i gazet. Komplementują rządy Morawieckiego, rozpływają się nad geniuszem politycznym Kaczyńskiego, robią sobie jaja z opozycji. W takim formacie nie może zabraknąć Adriana Stankowskiego z „Gazety Polskiej Codziennie”. To absolutny numer jeden wśród dyżurnych ekspertów TVP. Gotów podzielić się opinią na dosłownie każdy temat.

Zawsze kiedy odwiedzałem Studio Polska, czekało na niego miejsce w pierwszym rzędzie. W katowickim Spodku robi to samo co tam: krytykuje opozycję, chwali Zjednoczoną Prawicę. Szczyt popularności osiągnie za rok – w trakcie dwóch miesięcy kampanii prezydenckiej wydawcy głównych Wiadomości będą wykorzystywać opinie Stankowskiego niemal każdego dnia. Zakres ogarnianych przez niego tematów jest iście renesansowy. Polityka krajowa? Międzynarodowa? Samorządowa? Rolnictwo? Migracje? Przestępstwa seksualne? Proszę bardzo!

Większość biurek w press roomie okupują reporterzy agencyjni. To chyba najbardziej niewdzięczna robota w branży – siedzenie od rana do nocy i klejenie depesz z każdego pustosłowia, które dobywa się z ust ministrów, wicepremierów, posłów, prezesa.

– Dobrze wiedzą w redakcji, że tu nie będzie żadnego newsa. To partyjna impreza, na której nikt się nie wychyla, bo układają listy. Ale jak pan minister coś mówi, to trzeba zrobić z tego depeszkę – żali mi się na szlugu jeden z nich. Ostatniego dnia, zmaltretowany nudą, przycupnąłem przy stoliku z rolnikami. Rozpoznałem, po zielonej wpince „Solidarności” w klapach, logo związku zawodowego rolników indywidualnych.

– I jak, panowie? Co myślicie o tym kongresie?

– Ja ich znam. Wie pan, ja ich całe życie znam. Pamiętam, jak jeszcze nie byli tacy wyelegantowani wszyscy – mówi pan Marek. Jednym okiem zerka na mnie, drugim wyłapuje ważniaków, z którymi każe robić sobie zdjęcia. Robię, co mi szkodzi. Najbardziej zadowolony jest ze zdjęcia z Mariuszem Błaszczakiem. – Ale powiem panu, słabo to widzę. Wiesz pan, jak oni wyglądają? – Wzdycha, zmęczony polowaniem na foty.

Wyelegantowani. Dźwięczy mi w głowie słowo, którego użył na wstępie. Ma rację. Garnitury dopasowane, dobrze skrojone. Widać, że to nie byle szajs ściągnięty z wieszaka w galerii handlowej, ale porządna krawiecka robota.

Garsonki też niczego sobie, chociaż żadna nie może mierzyć się z kreacjami Joanny Lichockiej. Ta zabrała na te trzy dni kilka balowych sukni. Niegdyś dziennikarka, później posłanka PiS-u i członkini Rady Mediów Narodowych. Zanim została zawodową polityczką, kręciła pochwalne filmy na cześć Lecha Kaczyńskiego i udzielała się publicystycznie w „DoReczy” i „Gazecie Polskiej”. Po korytarzach Spodka przemyka roześmiana, zadowolona, dumna. Burgundowa kreacja z lejącego się materiału nadaje jej gwiazdorski look.

– I co? Przypatrzyłeś się pan już? Wiesz dobrze, jak oni wyglądają? – męczy mnie pan Marek.

– No dobra, jak Platforma. Wyglądają jak z Platformy Obywatelskiej. O to panu chodzi? – mówię w końcu.

– O to, to! – Klaszcze zadowolony. – Władza, mówię panu, władza im do głowy uderza powoli. Nie widzą już człowieka. Albo jak jeszcze widzą, to zaraz przestaną – wyrokuje.

Nie sposób mu zaprzeczyć.

Dochodzę do wniosku, że dawno nie byłem w miejscu, w którym wszyscy są tak zgodnie zadowoleni. Bo też jest się z czego cieszyć – właśnie wygrali wybory do Parlamentu Europejskiego z przytupem, który zaskoczył ich samych. W Spodku mają swoich szefów spółek Skarbu Państwa, swoje media, swoje think tanki. Fantazja o nowych elitach, o której wprost, mniej lub bardziej, mówią prezes Kaczyński i premier Morawiecki, tutaj staje się ciałem.

DOSTĘP PREMIUM