"Wiadomości" TVP atakują człowieka Morawieckiego. "Plotka głosi, że zgoda poszła z samej Nowogrodzkiej"

- Wiadomości dostały pozwolenie, by zaatakować Pawła Borysa, ale raczej miały mu wysłać ostrzeżenie, a nie serwować frontalny atak - w ten sposób Dominika Długosz z newsweek.pl komentowała w TOK FM kolejny zwrot akcji w wojnie nerwów w koalicji Zjednoczonej Prawicy.
Zobacz wideo

"Wiadomości" TVP uderzyły w Pawła Borysa, szefa Polskiego Funduszu Rozwoju i bliskiego współpracownika Matusza Morawieckiego.

PRF to instytucja odpowiedzialna za przygotowanie i przeprowadzenie znacznej części "tarcz", które miały pomagać przedsiębiorcom poszkodowanym w związku z pandemią koronawirusa. I właśnie szczelność tarczy została poddana w wątpliwość - w materiale na temat rozbicia grupy przestępczej pojawiła się informacja, że wyłudziła ona również środki z tarczy antykryzysowej. 

- Z informacji, które do mnie docierają, "Wiadomości" dostały pozwolenie, by zaatakować Pawła Borysa, ale raczej miały mu wysłać ostrzeżenie, a nie formować frontalny atak. Z plotek wynika, że zgoda poszła z samej góry, czyli z Nowogrodzkiej - mówiła w Pierwszym Śniadaniu w TOK-u"  Dominika Długosz.

Podkreślała, że Paweł Borys to jeden z najbliższych współpracowników Mateusza Morawieckiego, dlatego uderzenie w niego można odczytywać jako ostrzeżenie właśnie dla premiera, że za chwilę jego ludzie zaczną być na celowniku. - I że nie radzi sobie z pandemią, że sytuacja rządu jest nie do zniesienia dla partii macierzystej, i że premier nie powinien czuć się bezpieczny, bo przecież pod koniec 2020 mówiono, że może zostać wymieniony - przypominała dziennikarka newsweek.pl.

Według Długosz to, co się dzieje w związku z trzecią falą pandemii - krytyczna sytuacja ochrony zdrowia, ogromne liczby hospitalizowanych, setki zgonów dziennie - trochę odsuwa decyzję prezesa Kaczyńskiego w tej sprawie. - Ale jak tylko przejdzie szczyt trzeciej fali, trzeba będzie podjąć zdecydowane kroki. Po roku nie da się już udawać, że byliśmy przygotowali, że coś zwalczyliśmy, trzeba będzie za to politycznie zapłacić - stwierdziła rozmówczyni Piotra Maślaka.

Solidarna Polska zawsze pomoże

Po ataku ze strony "Wiadomości", do szarży przeciwko premierowi ruszyli, jak zwykle, politycy Solidarnej Polski. Długosz przypomniała niedawny wywiad Zbigniewa Ziobry dla tygodnika "Sieci", który "w normalnych warunkach oznaczałby koniec koalicji".

Jednak zgrzytów i odprysków pojawia się coraz więcej - jeden z ostatnich to sejmowe głosowanie ws. akcyzy, kiedy to całe Porozumienie Jarosława Gowina zagłosowało przeciw rządowi. - Zarzut Porozumienia jest taki, że w rządzie nadal są wiceministrowie, dla których wycofano rekomendacje - tłumaczyła dziennikarka. 

I dodała, że do tej wojny codziennie dochodzi jakiś nowy element. Był nim również wywiad Mariana Banasia dla businessinsider.pl, w którym szef NIK powiedział: "Posiadamy dowody o głębokich patologiach i dysfunkcjach władzy". - Mówi to szef Najwyższej Izby Kontroli, która ma wszystkie narzędzia, żeby kontrolować władzę. Marzec i kwiecień to tradycyjnie miesiące, kiedy Izba pokazuje wyniki kontroli we wszystkich ministerstwach, to więc też ostrzeżenie - podkreśliła.

Gdzie się podział wicepremier Kaczyński?

Długosz i Maślak zastanawiali się, czym zajmuje się wicepremier ds. bezpieczeństwa, którym jest Jarosław Kaczyński. - Odnalazł się na spotkaniu Klubu Gazety Polskiej i przypuścił szarżę na społeczność LGBT. Deklarował, że nie damy sobie wmówić ideologii LGBT - wskazywała dziennikarka.

- Próbowałam się dowiedzieć, co komitet kierowany przez Jarosława Kaczyńskiego robi w rządzie. Jakie były pomysły, przedłożenia. Okazało się, że to wszystko jest tajne - powiedziała. Przyznała jednak, że szef PiS do rządu wszedł nie po to, by dbać o bezpieczeństwo, ale "żeby pilnować Morawieckiego i Ziobry". - Więc nie dziwmy się, że go nie ma - podsumowała Dominika Długosz.

DOSTĘP PREMIUM