"Włoskie laboratorium szuka trotylu na fotelach, których nie było w Smoleńsku". Ustalenia "Wyborczej"

O tym, że w czasie badań we włoskim laboratorium, eksperci mieli znaleźć ślady trotylu na fotelach z tupolewa, poinformował przed 11. rocznicą katastrofy smoleńskiej poinformował tygodnik "Sieci". Ale z ustaleń "Gazety Wyborczej" wynika, że próbki, które zbadano we Włoszech, mogą pochodzić z foteli, których w momencie katastrofy nie było w tupolewie, który rozbił się 10 kwietnia 2010 roku.
Zobacz wideo

"GW" nie uzyskała od prokuratury odpowiedzi na pytania dotyczące informacji opublikowanej przez tygodnik "Sieci", że na fotelach odnaleziono ślady trotylu.

Z dokumentów, którymi dysponuje gazeta, wynika, że do Włoch - do badań - wysłano fotele zapasowe, których 10 kwietnia 2010 roku nie było w prezydenckim tupolewie.

"Polscy śledczy, zlecając ekspertyzę, napisali wprost, że chodzi o zbadanie 'foteli zapasowych' pod 'kątem materiałów użytych do produkcji, śladów materiałów wybuchowych lub substancji służących do ich wytwarzania. Badania te mogą udzielić odpowiedzi między innymi na tezy, dotyczące wykorzystywania substancji służących do wytwarzania materiałów wybuchowych, w produkcji pianek, czy też konserwacji powierzchni skórzanych, stanowiących wykończenie foteli lotniczych'" - czytamy w dzisiejszym wydaniu "Gazety Wyborczej".

Po co prokuratorzy zdecydowali się na wysłanie foteli zapasowych do badań? "Jak czytamy, 'badanie musi uwzględniać szereg aspektów związanych między innymi z eksploatacją samolotu przed katastrofą, jak również jego konstrukcją i wyposażeniem'" - informuje "GW".

"Jeżeli jednak ślady pochodzą z foteli, których 10 kwietnia 2010 r. nie było w samolocie, to znaczy, że cząstki trotylu czy innych groźnych substancji mogli zostawić żołnierze przewożeni tupolewem na zagraniczne misje. Takie ślady mogą też pochodzić z materiałów użytych do produkcji albo konserwacji wnętrza maszyny" - czytamy w "Wyborczej".

DOSTĘP PREMIUM