"Arogancki i butny satrapa". Burzliwa debata w Sejmie nad odwołaniem Ryszarda Terleckiego

Arogancję, przerywanie wystąpień, lekceważenie opozycji i ignorację białoruskiej opozycji zarzucali Ryszardowi Terleckiemu politycy opozycji w debacie nad odwołaniem go z funkcji wicemarszałka Sejmu. Atmosfera na sali była dość burzliwa. Posłowie przekrzykiwali się wzajemnie.
Zobacz wideo

Początkowo debata na temat odwołania Ryszarda Terleckiego z funkcji wicemarszałka Sejmu miała rozpocząć się po godzinie 20. W ostatniej chwili została przesunięta na 18.45.

Jako pierwszy głos zabrał Tomasz Zimoch z Polski 2050. Wystąpił w biało-czerwonej koszulce (debata odbywała się w czasie meczu Szwecja - Polska), a w jego przemówieniu pojawiały się co i rusz nawiązania do sportu. Zimoch przekonywał, że podobnie jak w piłce - tak i w Sejmie - rywali powinno się szanować, nawet jeśli nie do końca darzy się ich sympatią. Zwłaszcza powinien robić to wicemarszałek. 

- Natomiast Ryszard Terlecki dał się w ostatnich latach poznać jako symbol złych standardów zarządzania parlamentem i lekceważenia opozycji - stwierdził polityk. 

Równie krytyczny wobec polityka PiS był Krzysztof Śmiszek z Lewicy, który nazwał Terleckiego "aroganckim i butnym satrapą". - W kwestii arogancji Ryszard Terlecki jest recydywistą niereformowalnym - stwierdził. Powiedział też, że jeśli ktoś nie rozumie, że interes białoruskiej opozycji jest zbieżny z polską racja stanu, to "powinien sam szukać pomocy w Moskwie i wycofać się z polskiej polityki". 

Śmiszek nawiązał w ten sposób do słynnego już wpisu Terleckiego, który napisał do Swiatłany Cichanouskiej, że jeżeli spotyka się z Rafałem Trzaskowskim, powinna szukać pomocy w Moskwie. 

Przemówienie Borysa Budki utrzymane było w podobnym tonie. Mówił o arogancji Terleckiego i o tym, że "PiS boi się prawdy", dlatego czas debaty dotyczącej odwołania wicemarszałka ustawił właśnie na czas meczu Polaków na Euro 2020. Wystąpienie szefa PO było przerywane przez polityków Prawa i Sprawiedliwości, którzy próbowali go przekrzykiwać. 

Atmosfera na sali zaczęła być bardzo burzliwa. Politycy opozycji prosili marszałek Elżbietę Witek, by zareagowała. Ta powiedziała jednak, że bardzo często to właśnie opozycja zachowuje się w taki sposób, że przerywa i przekrzykuje rządzących. - Nie widzicie belki w swoim oku - powiedziała i nie zareagowała.

Budka trwał przy swoim. Przekonywał, że funkcja wicemarszałka Sejmu to ogromny prestiż i że "Terlecki stracił moralne prawo, by ją pełnić". - Jednym wpisem przekreślił pan 30 lat polskiej polityki wschodniej. Odesłał pan liderkę wschodniej opozycji do Moskwy i nie powiedział pan nawet słowa "przepraszam" - powiedział Budka. 

Prawo i Sprawiedliwość z kolei - w debacie nad odwołaniem Terleckiego - skupiło się na... krytykowaniu Rafała Trzaskowskiego. Posłanka Małgorzata Gosiewska zarzucała prezydentowi Warszawy, że "za pieniądze niemieckiej fundacji" organizuje nową inicjatywę, która może przerodzić się w partię i "wykorzystuje do tego" liderkę białoruskiej opozycji. 

Po Gosiewskiej na mównicę wszedł poseł KO Sławomir Nitras. W tym momencie jednak Terlecki opuścił salę. Inny poseł Koalicji Obywatelskiej Tomasz Lenz nazwał Terleckiego "chamem" - w efekcie Witek odebrała mu głos. 

Ryszard Terlecki na wstępie swojego wystąpienia stwierdził, że nie będzie odnosił się do pytań, które padły na sali, bo wiele osób "nie powinno przemawiać". Odniósł się jedynie do sprawy związanej ze Swiatłaną Cichanouską. – Spotykała się ona z różnymi środowiskami opozycji. Ja też, będąc na Białorusi, spotykałem się z liderami opozycji. Natomiast czym innym jest, gdy osoba, która wchodzi do polityki jawnie określa się po stronie politycznego sporu – powiedział, odnosząc się do tego, iż Cichanouska zapowiedziała obecność na Campus Polska Rafała Trzaskowskiego. - Gdy spotkałem się z panią Cichanouską w Wilnie, wyjaśniłem jej to jeszcze raz - powiedział.

Głosowanie nad wnioskiem o odwołanie Terleckiego z funkcji wicemarszałka ma się odbyć po północy. Wniosek ten - przypomnijmy - złożył klub KO oraz klub Lewicy i koło Polska 2050. Mają one związek ze słowami szefa klubu PiS na temat liderki białoruskiej opozycji Swiatłany Cichanouskiej.

DOSTĘP PREMIUM