Zamieszanie wokół Marka Brzezinskiego. PiS zapomniał o swoim ministrze finansów i jego obywatelstwie?

PiS nie chce wyrazić zgody na to, żeby Mark Brzezinski został nowym ambasadorem USA w Polsce. - Generalnie im trwa to dłużej, tym gorzej. Milczenie staje bardziej wymowne. W najgorszym wypadku taki niewygodny zgrzyt może doprowadzić do tego, że Amerykanie wycofają kandydata - ostrzegał w TOK FM prof. Paweł Dobrowolski.
Zobacz wideo

Portal Onet.pl podał we wtorek, że polski rząd nie chce udzielić Markowi Brzezinskiemu agrément (czyli wstępnej zgodny państwa przyjmującego na akredytowanie proponowanej osoby) na objęcie stanowiska ambasadora USA. Według portalu, rząd domaga się od Brzezinskiego, by przed przyjazdem do Polski zrzekł się polskiego obywatelstwa. "Ten odpowiada, że nie może się zrzec czegoś, czego nie ma. Cała sytuacja sprawia wrażenie, jakby polski rząd chciał upokorzyć przedstawiciela administracji Joego Bidena, zanim zawita w Warszawie. To nie pierwszy taki przypadek" - pisze Onet.

Do tych doniesień odniósł się wiceminister spraw zagranicznych Marcin Przydacz. "Bzdura! Nikt niczego nie wstrzymuje. To puste szukanie newsa. Procedura udzielania agrément kandydatowi rozpoczęła się niedawno i trwa. Jak w każdym przypadku wymaga szeregu działań po stronie polskiej" - napisał Przydacz na Twitterze. Zapewnił, że "wszystko dzieje się w zgodzie z przyjętymi zasadami i zwyczajowymi terminami".

Wymowne milczenie 

Jak wyjaśniał w TOK FM prof. Paweł Dobrowolski, dyplomata i były ambasador, polskie władze mogą domagać się od Brzezinskiego zrzeczenia się obywatelstwa, bo prawo na to pozwala. - Jednak jest to niewygodne dla obu stron. Władza chce pokazać prymat prawa polskiego nad konwencją wenecką. Natomiast najmniej winny jest w tym wszystkim Mark Brzezinski. Zmuszenia go do zrzeczenia się obywatelstwa jest dla niego nieco niewygodne - ocenił Dobrowolski.

Ekspert dodawał, że w takich kwestiach niuanse i szczegóły są wybitnie istotne. - Agrément to pierwszy, wstępny krok na drodze do przysłania ambasadora do danego kraju. To zazwyczaj trwa, ale istotne jest to, jak długo - przyznawał dyplomata. Przypomniał, że w ubiegłym roku w podobny sposób PiS przetrzymywał wydanie zgody na przyjazd do Polski nowego ambasadora z Niemiec. - Generalnie im trwa to dłużej, tym gorzej. Milczenie staje bardziej wymowne. W najgorszym wypadku taki niewygodny zgrzyt może doprowadzić do tego, że Amerykanie wycofają kandydata - ocenił prof. Dobrowolski i przypomniał, że byłaby to wielka szkoda dla polskiej sprawy, bo Brzezinski pochodzi z trzypokoleniowej rodziny znakomitych dyplomatów.

Dziwna wojna z USA

Z kolei Joanna Solska z tygodnika "Polityka" zwracała uwagę w Poranku Radia TOK FM, że na sprawę Brzezińskiego trzeba spojrzeć w szerszym kontekście, choćby ostatniego projektu "lex TVN", który uderza w amerykańskich właścicieli stacji. - Nie wiem dlaczego władze polskie uważają, że ktoś mający polskie obywatelstwo będzie przez to gorszym ambasadorem. Ważne jest inne pytanie. Przecież nasz minister finansów, Tadeusz Kościński, który ma wgląd w tajne rzeczy rządu, ma obywatelstwo brytyjskie. Nie słyszałam, żeby się go zrzekł. Skoro dyskutujemy o tym, to potraktujemy to poważnie, a nie wybiórczo - mówiła Solska i dodała, że PiS po prostu się pogubił. - Wpływa na rafy, na które nie planował. Ujawniły się słabości, których nie przewidział - podkreślała dziennikarka.

Podobnego zdania była Zuzanna Dąbrowska z "Rzeczpospolitej". Według niej PiS żyje w złudzeniu, że jest niedocenianą potęgą polityczną w świecie. - Zachowujemy się jak kiedyś Węgry, które w 1941 roku wypowiedziały USA wojnę, nie mając z nią żadnego konfliktu i możliwości walki. To jest zupełne szaleństwo. Na tej amerykańskiej wadze trzeba mądrzej stawiać odważniki. Można nie lubić Joe Bidena i wszystkich demokratów, ale dlaczego nie wyciągać z tego korzyści. Wygląda to tak, jak byśmy chcieli na złość Bidenowi odmrozić sobie uszy - mówiła Dąbrowska.

Posłuchaj podcastu!

DOSTĘP PREMIUM