Reasumpcja Elżbiecie Witek nie zaszkodzi. "Wierzy, że może być nowym premierem albo prezydentem"

Jeszcze wiosną wydawało się, że pozycja Elżbiety Witek w partii się umacnia. Marszałek zaangażowała się w promocję "Polskiego Ładu", jeździła po Polsce, brylowała w mediach. - Te wszystkie osoby, które nie lubią Mateusza Morawieckiego, a jest ich w PiS niemało, zaczęły myśleć, że może to właśnie ona może być przyszłą panią premier - mówi Wojciech Szacki, analityk Polityki Insight.
Zobacz wideo

"Na pewno zrobię wszystko, żeby wyciszyć emocje towarzyszące obradom w Sejmie" - mówiła Elżbieta Witek, przejmując w sierpniu 2019 roku fotel marszałka. Równo dwa lata później to właśnie ona przyczyniła się do jednej z największych awantur w tej kadencji.

Słynna już reasumpcja głosowania z 11 sierpnia (w sprawie odroczenia obrad Sejmu) - za sprawą dziennikarzy - stała się głównym tematem środowej konferencji prasowej Elżbiety Witek. Marszałek przekonywała, że "absolutnie" nie złamała regulaminu Sejmu i postępowała zgodnie ze swoimi kompetencjami. Utrzymywała, że nie wprowadziła opinii publicznej w błąd i naprawdę "zasięgnęła opinii pięciu prawników". Podkreślała, że nie były to opinie wyciągnięte z szuflady, sprzed kilku lat - ale bieżące, udzielone jej tego konkretnego dnia w jej gabinecie, ustnie. Przez kogo? Tego nie wiadomo. Konkretnych nazwisk marszałek zdradzić nie chciała. - Mam wokół siebie pełno prawników, to są moi prawnicy z BAS-u, z BL-u i z Gabinetu Marszałka. Doradzili mi dokładnie to, co zrobiłam, nic innego - ucięła.

Przypomnijmy krótko, Elżbieta Witek przychyliła się do wniosku o reasumpcję po tym, jak Prawo i Sprawiedliwość przegrało głosowanie dotyczące odroczenia obrad. Marszałek przekonywała, że powtórka jest konieczna, ponieważ za pierwszym razem nie określiła precyzyjnie, na jaki dzień głosowanie miało być przełożone. Podkreślała też, że "zasięgnęła opinii pięciu prawników", z których miało wynikać, że reasumpcja jest zgodna z prawem. Kilka dni później Witek pokazała te opinie w TVP Info. Okazało się, że pochodziły z 2018 roku i dotyczyły innej sprawy.

Dzięki zarządzonej ostatecznie reasumpcji wniosek opozycji o odroczenie posiedzenia Sejmu został odrzucony, a posłowie głosowali nad kontrowersyjną ustawą medialną, zwaną "lex TVN".

Opozycja od początku zarzucała Witek kłamstwo i głośno mówiła o rozmaitych konsekwencjach. Wzywano do postawienia jej przed Trybunałem Stanu (co wykluczył na naszej antenie konstytucjonalista Marek Chmaj), zapowiadano zawiadomienia do prokuratury czy wreszcie wniosek o odwołanie z funkcji marszałka Sejmu. I co? I nic. - Wniosku nie ma. Z informacji, jakie do mnie dochodzą, wynika, że PO nie jest zainteresowana poparciem wniosku Lewicy w tej sprawie, ponieważ nie ma widoków na powodzenie tego planu - mówi nam Wojciech Szacki, analityk Polityki Insight.

Opozycja nie dogadała się co do wspólnego kandydata na marszałka. Prawo i Sprawiedliwość - kruchą, bo kruchą - ale jednak większość ma i dzięki Pawłowi Kukizowi Elżbietę Witek wybroni.

"Bierzecie i narzekacie"

Sprawa związana z reasumpcją to druga - w dość krótkim czasie - sytuacja, która stawia marszałek Witek w centrum zainteresowania mediów. Pierwsza miała miejsce miesiąc wcześniej. W połowie lipca Elżbieta Witek udała się do Otynia, by promować nowy "Polski Ład". Na miejscu spotkała się z grupą osób nieprzychylnych PiS i otwarcie to demonstrujących. Marszałek zarzuciła im, że krytykują rząd, chociaż korzystają z jego programów socjalnych. - Bez żadnych skrupułów bierzecie i narzekacie. To jest mało honorowe - stwierdziła. Do jednej z protestujących kobiet powiedziała też: "To jest Polska, a nie Unia".

Kontrowersyjne przemówienie szybko obiegło media społecznościowe i było szeroko komentowane przez następne dni. Dla wielu było też niemałym zaskoczeniem, bowiem wcześniej Witek raczej starała się unikać kontrowersyjnych wypowiedzi. - Rozmawiałem wtedy z ludźmi z Prawa i Sprawiedliwości. Ocenili, że marszałek się nie sprawdziła pod presją. Uznano, że dobrze wypada, kiedy jest w przyjaznym środowisku i nie ma stresujących sytuacji, ale kiedy pojawiają się jakieś czynniki zaskakujące, to wtedy sobie nie radzi. W związku z tym wszystkie projekty jej dotyczące zostały na razie zawieszone - mówi red. Szacki.

Według publicystów, Witek ma ambicję, by rozwijać polityczną karierę. - Na pewno wierzy, że może być następnym premierem bądź prezydentem i tu może się zderzyć z ambicjami, które ma także Beata Szydło - mówi Andrzej Stankiewicz, zastępca redaktora naczelnego Onetu. Przypomina, że w przeszłości obie polityczki bardzo blisko ze sobą współpracowały. Witek była szefową gabinetu politycznego premier Szydło oraz - przez kilka miesięcy - rzeczniczką prasową jej rządu.  

Długo mówiło się o ich wzajemnej lojalności - nawet po odejściu Szydło z funkcji premiera. - Dziś Elżbieta Witek może i do jakiegoś stopnia jest jeszcze lojalna wobec Szydło, ale nie mam złudzeń, że jeżeli doszłoby do jakiegoś wyboru: czy Szydło, czy Kaczyński, to stanie za prezesem, bo chce robić dalej karierę - przewiduje red. Stankiewicz. Zaznacza jednak, że jeżeli obecna marszałek rzeczywiście poważnie myśli o tym, by zostać premierem, "powinna się uczyć i zbudować, jeśli chodzi o kompetencje". - Ona uważa, że żeby być premierem lub prezydentem trzeba się spodobać prezesowi i dokładnie taką linię realizuję - mówi.

W podobnym tonie wypowiada się Wojciech Szacki, według którego marszałek Sejmu "wyemancypowała się już spod wpływu byłej premier, ale chciałaby zdobyć taką pozycję, jak ona". - Gdzieś w czerwcu pojawiło się kilka tekstów, że marszałek Witek może zostać jedną z wiceprezesów Prawa i Sprawiedliwości. Z tego nic nie wyszło, ale jak znam PiS, to nie sądzę, że te teksty się pojawiły bez powodu. Myślę, że to była próba jakiejś ofensywy politycznej pani Witek, która pewnie by chciała tym wiceprezesem rzeczywiście być - ocenia Szacki.

20-lecie w PiS

W Prawie i Sprawiedliwości Elżbieta Witek jest równo od 20 lat. Wstąpiła do partii w 2001 roku (wraz z mężem) i od razu stanęła do wyborów do Sejmu. Mandatu nie zdobyła. Próbę ponowiła cztery lata później - już z powodzeniem. Od tamtej pory (2005) posłanką jest nieprzerwanie, obecnie już piątą kadencję.

Przy każdej okazji podkreślała rolę prezesa partii, używając wielkich słów. Mówiła, że jest "strategiem, demiurgiem", "konstruktorem sukcesu Andrzeja Dudy i całego PiS".

W 2008 roku dostała od prezesa zadanie uporządkowania struktur Prawa i Sprawiedliwości w Wałbrzychu, co jej się udało. Buntownicy opuścili szeregi PiS, a ona zorganizowała nowe wybory na lokalnego szefa.

W 2011 roku dołączyła do komitetu politycznego swojej partii. Jednak szerzej dała się poznać opinii publicznej cztery lata później, kiedy Jarosław Kaczyński mianował ją na rzeczniczkę prasową Prawa i Sprawiedliwości, w miejsce Marcina Mastalerka. - To dla mnie nowe zadanie, podchodzę do tego bardzo odpowiedzialnie - mówiła Witek, dziękując szefowi PiS za rekomendację.

Szukano na nią wtedy różnych "haków", ale nie znaleziono wiele. Jeden z tabloidów wytykał jej na przykład, że w 2012 roku - razem z dwójką innych posłów - przyjechała na posiedzenie Sejmu do Warszawy taksówką… 460 kilometrów. Za podróż zapłaciła wtedy Kancelaria Sejmu. "Pociąg się zepsuł, nie było nawet miejsc siedzących. Wzięliśmy więc taksówkę i przyjechaliśmy" - tłumaczyła Witek.

Z rzecznika partii jeszcze w tym samym roku przeszła na wspomnianą już funkcję rzecznika rządu w gabinecie Beaty Szydło. Określano ją wówczas "pierwszym uśmiechem Prawa i Sprawiedliwości". Zawsze kulturalna, opanowana. Jak mówili niektórzy - typowa nauczycielka. Zresztą nie bez powodu, bo zanim wstąpiła do polityki, była nauczycielką i dyrektorką szkoły w Jaworze na Dolnym Śląsku. O swoim przywiązaniu do rodzinnej miejscowości wspominała też dość często. Podkreślała, że jest "rodowitą jaworzanką". Jej mąż - także członek PiS - jest radnym w powiecie jaworskim.

Witek odeszła z rządu w grudniu 2017, kiedy stanowisko premiera zajął Mateusz Morawiecki. Jej kariera wtedy nieco przygasła. Wróciła półtora roku później - w czerwcu 2019 roku - jako minister spraw wewnętrznych.

Przyszła pani premier?

Na stanowisko marszałka Sejmu po raz pierwszy została powołana pod koniec ubiegłej kadencji - w sierpniu 2019 roku. Dość niespodziewanie. PiS pilnie szukał kogoś, kto zastąpi Marka Kuchcińskiego po tzw. aferze samolotowej. Przypomnijmy, dziennikarze ujawnili, że były już marszałek chętnie zapraszał do rządowego samolotu członków swojej rodziny oraz kolegów z partii, do czego później nie chciał się przyznać.

Jak podawały wtedy media, Witek dowiedziała się o swojej nowej roli dzień przed głosowaniem i nie była tym zachwycona. Wszak ledwie dwa miesiące wcześniej objęła jeden z kluczowych resortów, którego - jak sama mówiła - miała zamiar dopiero się nauczyć.

Przekonywano wówczas, że nowa marszałkinii będzie miała zupełnie inny styl prowadzenia obrad - bardziej koncyliacyjny i otwarty (także dla dziennikarzy). Jej pierwsze przemówienie rzeczywiście zachowane było w mocno pokojowym tonie. Witek dużo mówiła o wzajemnym szacunku, traktowaniu wszystkich jednakowo czy wyciszaniu emocji. Podkreślała, że jest "jedną z wielu".

Po wyborach parlamentarnych - w listopadzie 2019 - znów została wybrana na marszałka. Za jej kandydaturą głosowało 314 posłów.

"Robi dokładnie to, czego partia i prezes od niej oczekują"

Czy rzeczywiście była i jest bardziej koncyliacyjna? Red. Stankiewicz odpowiada bez cienia zawahania: "Nie". - Problem ze wszystkimi politykami polega na tym, że kiedy chcą awansować albo właśnie otrzymują awans - wchodzą absolutnie w linię partyjną - mówi zastępca redaktora naczelnego Onetu. Jak dodaje, Elżbieta Witek może i ma "poprawne" relacje z niektórymi klubami opozycyjnymi, co nie zmienia faktu, że jako marszałek Sejmu robi dokładnie to, czego partia i prezes od niej oczekują.

- Marszałek Witek ma na pewno trochę inny styl niż marszałek Kuchciński, który był dość kostyczny i apodyktyczny, ale jakiejś jakościowej zmiany nie widzę - mówi z kolei Wojciech Szacki. - Pani marszałek mówi może ładniejszą polszczyzną, jest sympatyczniejsza i uśmiecha się, ale Sejm dalej jest - na tyle na ile to możliwe w przypadku słabszej większości - maszynką do głosowania dla Prawa i Sprawiedliwości - dodaje.

Szacki zwraca też uwagę, że najważniejszą postacią w prezydium Sejmu wcale nie jest marszałek Witek, ale jeden z jej zastępców - Ryszard Terlecki. - Nikt nie ma złudzeń, że jest inaczej. Cały mechanizm jest prosty. Kierunkowe decyzje podejmuje Jarosław Kaczyński. Ich wykonawcą jest Ryszard Terlecki, a rola marszałek Witek jest mocno ograniczona. Nie ma żadnej autonomicznej pozycji. Jej zadaniem jest dbanie o interesy Prawa i Sprawiedliwości w Sejmie - dodaje.

Wicemarszałek Sejmu Ryszard Terlecki oraz marszałkini Sejmu Elżbieta WitekWicemarszałek Sejmu Ryszard Terlecki oraz marszałkini Sejmu Elżbieta Witek Fot. Dawid Żuchowicz / Agencja Gazeta

W podobnym tonie wypowiada się redaktor Stankiewicz. Jako przykład niesamodzielności marszałek Witek podaje chociażby sytuację z maja ubiegłego roku, kiedy w Zjednoczonej Prawicy toczył się bój o to, kiedy przeprowadzić wybory prezydenckie - czy jeszcze w maju, czy w późniejszym terminie. Jarosław Gowin przekonywał prezesa do odłożenia głosowania. Natomiast Ziobro z Kurskim - do tego, by nie zwlekać. - Witek siedziała w gotowości do wygłoszenia orędzia w sprawie nowego terminu wyborów, ale nie miała żadnego wpływu na te decyzje - wspomina Stankiewicz. Jak dodaje, tekst przemówienia, które miała przedstawić, napisał jej Jacek Kurski. Ostatecznie orędzia nie było, a partia ograniczyła się do lakonicznych komunikatów, że kryzys zażegnano. Zwyciężyła opcja, by przełożyć wybory na czerwiec.

- Dziś niektórzy przekonują mnie, że Witek się umocniła politycznie - mówi Stankiewicz. Szybko dodaje, że podchodzi do tych haseł dość sceptycznie, pamiętając właśnie o tamtej sytuacji z maja 2020 roku. - Wtedy Elżbieta Witek była narzędziem i nie chce mi się wierzyć, że w ciągu roku się zbudowała politycznie - mówi wicenaczelny Onetu.

Redaktor Szacki zauważa z kolei, że jeszcze kilka miesięcy temu rzeczywiście wydawało się, że pozycja Witek idzie nieco w górę. Marszałek mocno zaangażowała się w promocję "Polskiego Ładu", co było dla Prawa i Sprawiedliwości ważne, bo zależało im, by w całej tej narracji pojawiła się jakaś kobieta. - Nawet te wszystkie osoby, które nie lubią Mateusza Morawieckiego, a jest ich w PiS niemało, zaczęły myśleć, że może to właśnie ona może być przyszłą panią premier. Ruszyła w Polskę, była bardzo aktywna, ale wszystko skończyło się kompromitacją w Otyniu - mówi Szacki.

Analityk zwraca też uwagę, że w obecnej sytuacji Witek bardzo trudno będzie awansować. - Kiedy Prawo i Sprawiedliwość ma kłopot z większością w Sejmie, ewentualny wybór nowego marszałka byłby drogą przez mękę. Każde środowisko "okołopisowskie" mogłoby zażądać najróżniejszych rzeczy za udzielenie PiS poparcia. W związku z tym myślę, że ona jest w pewnym sensie skazana, by być tym marszałkiem do końca kadencji - stwierdza Szacki.

Nasi rozmówcy są też zgodni co do tego, że ostatnie działania marszałek Witek związane ze wspomnianą już reasumpcją nie zaszkodzą jej ani pozycji ani w partii, ani w oczach wyborców. - Jeśli w Prawie i Sprawiedliwości ktoś dowozi tematy i zadania, które partia przed nim stawia, to metody się nie liczą. Kłopot byłby wtedy, gdyby partia te głosowania przegrywała. Zatem z punktu widzenia PiS marszałek Witek uchroniła swoje środowisko i na pewno nikt nie będzie jej za to krytykował - mówi red. Stankiewicz.

Zdaniem Wojciecha Szackiego zachowanie związane z reasumpcją było „kompromitacją marszałek Sejmu - jako instytucji". - Marszałek nie powinien być funkcjonariuszem partyjnym, który dba o interesy partii. Musi strzec powagi izby, więc tu Elżbieta Witek poległa na całej linii. Natomiast jeśli chodzi o ocenę wyborców PiS, myślę że to jej w ogóle nie zaszkodziło. Ta część wyborców, która w ogóle zauważyła to, co się wydarzyło, raczej temu przyklaskiwała - podsumował.

DOSTĘP PREMIUM