Nastolatkowie z prawem do głosowania? "Nie ma co się tak rozpalać, bo rewolucji by nie było"

Szymon Hołownia chce, żeby 16 i 17-latkowie mogli brać udział w wyborach. Czy to dobry pomysł? - Powiedziałabym, że chyba nie ma co się tak rozpalać, bo rewolucji by nie było - oceniła gościni TOK FM Olga Napiontek z Fundacji Civis Polonus Warszawa.
Zobacz wideo

Szymon Hołownia niedawno zaapelował, żeby prawo do głosowania w wyborach miały też osoby w wieku 16 i 17 lat. Według lidera Polski 2050 nastolatkowie najpierw mieliby decydować o kształcie samorządów, a po zmianie konstytucji (w której zapisany jest wiek 18 lat) także zabierać głos przy pozostałych elekcjach. Jak zmieniłaby się polska scena polityczna, gdyby tak młodzi ludzie mogli głosować?  

Zdaniem Olgi Napiontek z Fundacji Civis Polonus Warszawa temat wzbudza emocje, ale nie będzie miał aż takiego dużego wpływu na politykę. – Weźmy pod uwagę, że głosują także ludzie starsi, często nawet stulatkowie. Mamy w sumie jakieś 82 roczniki, które mogą wziąć udział w wyborach, także dopuszczenie dwóch kolejnych nie przyniesie jakiejś znacząco większej liczby głosów – mówiła Napiontek.

Tym bardziej że często młodzi ludzie nie interesują się polityką i mogliby po prostu nie pójść do urn wyborczych. – Powiedziałabym, że chyba nie ma co się tak rozpalać, bo rewolucji by nie było – oceniła gościni TOK FM.

Jeśli jednak faktycznie 16 i 17-latkowie mogliby głosować, to przy jakiej partii postawiliby krzyżyk? – Młodzi są bardziej skłonni do odważniejszych wyborów. Szukają propozycji zmian, wprowadzania nowych rozwiązań. Mówi się, że są bardziej skłonni do radykalnych rozwiązań, stąd pewnie wybieraliby te partie lewicowe czy prawicowe, które mają odważniejsze postulaty niż to mainstreamowe centrum, które uważa, że dobrze jest jak jest i nic nie zmieniajmy – wskazywała ekspertka.

Zdaniem gościni TOK FM, dopuszczenie młodych do głosowania miałoby też sporo pozytywów. Choćby dla jakości samej debaty publicznej. – To młodzi często poruszają tematy, których dorośli nie widzą, bo nie dotyczą ich interesów pokoleniowych. Na przykład zmiany klimatu, kwestie mieszkań, zakładania rodziny. Zapewne wówczas te tematy byłyby częściej poruszane w debacie publicznej przez polityków. To mogłoby też sprawić, że młodzi ludzie poczuliby, że polityka dotyczy też rzeczy, które są dla nich ważne – oceniła Napiontek.

DOSTĘP PREMIUM