Kary za Turów. Za miesiąc płacenia można by zbudować 15 nowych żłobków albo dwie szkoły

Za niedostosowanie się do decyzji TSUE w sprawie Turowa Polska zapłacić może przez tydzień ponad 16 mln złotych, a przez miesiąc - blisko 70 mln. Jak mówią politycy regionu Bogatyni, tyle samo kosztować mogłaby budowa 15 nowych żłobków i przedszkoli.
Zobacz wideo

Pół miliona euro dziennie - tyle Polska ma płacić za to, że nie dostosowała się do decyzji Trybunału Sprawiedliwości UE z 21 maja, dotyczącej wstrzymania pracy w kopalni węgla Turów. W przeliczeniu na złotówki (1 euro = 4,63 PLN w chwili pisania tekstu) to dokładnie 2 315 000 złotych dziennie.  

Liczby robią wrażenie, zwłaszcza jeżeli weźmie się pod uwagę dłuższą perspektywę. Wystarczą trzy dni, aby Polska straciła 6 945 000 złotych. Tydzień kosztować nas będzie 16 205 000 złotych, a miesiąc - 69 450 000 złotych (to prawie tyle samo, ile polski rząd wydał na prezydenckie wybory kopertowe, które ostatecznie w ogóle się nie odbyły). "Demokracja kosztuje" - stwierdził wówczas Jacek Sasin, szef resortu aktywów państwowych. W mediach społecznościowych nie brakuje dziś zresztą uszczypliwości, że za Turów płacić możemy miesięcznie jeden "sasin", a za pół roku - sześć "sasinów".

Złośliwości jednak odstawmy na bok. Kwoty, które Polska może stracić na sporze w sprawie Turowa, to nie tylko liczby na papierze, ale realne inwestycje, które są potrzebne, a których może zabraknąć. Przekonywał o tym ostatnio w TOK FM Artur Oliasz, związkowiec z kopalni Turów oraz radny Bogatyni, na terenie której ona leży. - Naszemu szpitalowi gminnemu brakuje na zbilansowanie budżetu około 9-10 mln złotych. To są cztery dni płacenia tych kar i byłoby po problemie - stwierdził.

W podobnym tonie wypowiada się poseł Lewicy z Legnicy Robert Obaz. - 70 milionów złotych miesięcznie wystarczyłoby na podwyżki o 230 złotych dla pielęgniarek i medyków, a także 15 nowych żłobków i przedszkoli w regionie - mówił na wtorkowej konferencji prasowej przed kopalnią Turów.

W rozmowie z TOK FM Obaz nadmienia, że w Bogatyni nie brakuje złożonych problemów, które wymagają doinwestowania i zajęcia się nimi na "już". - To chociażby przeprofilowanie szkół pod nowe zawody, już nie tylko górnicze. Dojazd do Bogatyni i przygotowanie całego rozwiązania komunikacyjnego, żeby mogły tu powstać różne zakłady. Kwestia elektrociepłowni i tego, gdzie ją zbudować - wylicza poseł. Na to wszystko, jak dodaje, potrzebne są pieniądze, które rząd może tracić, jeżeli dalej nie będzie podporządkowywać się decyzji TSUE. Przypomina też, że region Bogatyni "nie dostał pieniędzy na transformację energetyczną" i na różne przekształcenia po prostu "nie ma środków".

Podobne przykłady można mnożyć - nie tylko na poziomie lokalnym. Politycy opozycji co i rusz wypominają rządzącym, że w Polsce nie brakuje sfer, które wymagają doinwestowania. Z roku na rok rośnie zadłużenie szpitali publicznych, którym nikt nie chce się zająć (ponad 15 665,8 mln złotych na koniec 2020 roku). Niebawem walkę o podwyżki zacząć mają pracownicy budżetówki. O podniesienie płac już walczą medycy, którzy od kilkunastu dni koczują przed kancelarią premiera. - Rząd nie ma fabryki pieniędzy, z której dosypuje każdemu - przekonywała niedawno Bogna Janke z kancelarii prezydenta w kontekście strajkujących ratowników medycznych. Choć, co warto podkreślić, minister Adam Niedzielski obiecał przeznaczyć na ratownictwo dodatkowe 62 mln złotych - to tyle, ile w miesiąc pochłonąć mogą kary za Turów.

Kiedy trudno nam wyobrazić sobie wielkie sumy - warto sięgnąć po to, co jest "blisko". Warszawa niedawno podsumowywała swoje inwestycje oświatowe. Mówiono między innymi o budowie nowej szkoły na Gocławiu. Ma być nowoczesna, świetnie wyposażona, gotowa na przyjęcie 600 uczniów. Jej koszt to ponad 62 mln złotych - tyle, ile przez 27 dni powinniśmy wpłacić za niedostosowanie się do decyzji unijnego trybunału. Równie ważna jest nowa placówka przy ul. Anny German. To największa inwestycja oświatowa na Żoliborzu, na którą dzielnica czeka od lat. Koszt? Około 25 mln złotych. Wystarczyłby miesiąc uiszczania kar za Turów, a zbudować można by dwie podobne podstawówki.

W Gdańsku trwa właśnie budowa linii tramwajowej Nowa Warszawska, która połączy al. Vaclava Havla z al. Pawła Adamowicza i znacząco skróci drogę mieszkańcom Gdańska - Południe do centrum miasta. Czekano na nią od lat. Koszty inwestycji oszacowano na 60 mln zł - 26 dni płacenia kar nałożonych na nas przez TSUE.

Sankcja ma być naliczana od chwili, gdy do Polski trafi formalnie postanowienie Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej o jej przyznaniu. Rząd uparcie trwa przy swoim. Premier Mateusz Morawiecki przekonywał we wtorek, że kompleks Turów nie zostanie wyłączony, a decyzja o nałożeniu kary jest "błędna, arbitralna(...), skrajnie agresywna i skrajnie szkodliwa". A to, czy Polska będzie musiała płacić Komisji Europejskiej narzucone kary, to - jak mówił - jeszcze "zobaczymy".

Eksperci zwracają uwagę, że nawet gdyby rząd w Polsce odmówił wpłat, to Bruksela sama sobie je "weźmie" - poprzez pomniejszenie kwot, które powinny wpływać do naszego kraju w ramach funduszy unijnych.

Spór o kopalnię Turów. O co chodzi?

Przypomnijmy, w lutym czeski rząd skierował do TSUE skargę związaną z dalszą działalnością kopalni odkrywkowej, która pracuje na potrzeby należącej do PGE elektrowni Turów. Czesi argumentowali, że rozbudowa kopalni zagraża m.in. dostępowi do wody w regionie Liberca.

Co na to polski rząd? W kwietniu minister klimatu przedłużył obowiązującą do 2026 roku koncesję na wydobycie w Turowie - do roku 2044.

W maju Trybunał, w ramach środka zapobiegawczego, nakazał natychmiastowe wstrzymanie wydobycia w kopalni do czasu wydania wyroku. TSUE stwierdził, że na pierwszy rzut oka nie można wykluczyć, iż polskie przepisy naruszają wymogi dyrektywy o ocenach oddziaływania na środowisko, a argumenty podniesione przez Czechy wydają się niepozbawione podstawy. Polski rząd zapewniał, że podejmuje negocjacje z sąsiadami i jest blisko osiągnięcia porozumienia. To jednak na razie nie nastąpiło. Na najbliższy piątek zaplanowane zostały następne rozmowy polskiego rządu z Czechami. Z kolei termin pierwszej rozprawy przed Trybunałem w sprawie skargi Czech to 9 listopada.

DOSTĘP PREMIUM