"Gdyby to przeszło, to Polska miałaby obok Salwadoru najsurowsze prawo antyaborcyjne"

W Sejmie jest już obywatelski projekt, który de facto zakazywałby aborcji w Polsce i zrównywałby ją z zabójstwem. - Ta ustawa pochodzi z najbardziej radykalnych środowisk antyaborcyjnych. Prawo i Sprawiedliwość samo w sobie ma ogromny problem z takimi inicjatywami, więc one zawsze przepadały - mówiła w TOK FM Natalia Broniarczyk z Aborcyjnego Dream Teamu i wyraziła nadzieję, że projekt przepadnie po pierwszym czytaniu w Sejmie.
Zobacz wideo

Do Sejmu trafił projekt ustawy, które de facto zakazywałby w Polsce aborcji. Fundacja Pro-Prawo do Życia, która stoi za projektem, chce wprowadzenia do kodeksu karnego definicji "dziecka poczętego". Miałoby nią być osoba od poczęcia do rozpoczęcia porodu. - W świetle nowej definicji aborcja byłaby traktowana jak zabójstwo. Za umyślne spowodowanie śmierci człowieka grozi od 5 do 25 lat pozbawienia wolności, a nawet dożywocie. Matka miałaby być zwolniona z odpowiedzialności za nieumyślne spowodowanie śmierci "dziecka poczętego" (oznacza to, że nie będzie się jej karać za poronienie) – czytamy w "Gazecie Wyborczej". Pod tym projektem podpisało się 130 tys. osób.

Nie słuchasz podcastów? To dobry czas, by zacząć. Dostęp Premium za 1 zł!

- Gdyby ta ustawa przeszła, to mielibyśmy - obok Salwadoru - jedno z najbardziej surowych praw antyaborcyjnych (na świecie-red.) - oceniła Natalia Broniarczyk z Abrocyjnego Dream Teamu. Dodała, że opinii publicznej nie powinien uspokajać zapis dotyczący poronienia. – Właśnie w Salwadorze jest taki sam zapis i mamy 23 udokumentowane przypadki, że kobiety które samoistnie poroniły, odsiadują teraz często 30-40-letnie wyroki. Jakoś ta interpretacja nie jest po ich stronie – ostrzegała aktywistka.

Z drugiej strony Anna Piekutowska, prowadząca rozmowę, przypomniała, że to już czwarte podejście fundacji Pro-Prawo do życia do radykalnego zaostrzenia prawa aborcyjnego. Podobne próby następowały w 2011, 2013 i 2016 roku. – Tegoroczna ustawa jest najbardziej radykalna, ale zebrała najmniej podpisów ze wszystkich czterech – przypomniała Piekutowska.

Broniarczyk ucieszyła się, że poparcie dla tak drakońskich zmian w prawie spada, dlatego jest optymistką. - Myślę, że ten projekt zostanie porzucony po pierwszym czytaniu – oceniła członkini Abrocyjnego Dream Teamu. Gościni TOK FM przypomniała, że takowe odbyć się musi, bo projekt jest obywatelski, i tak nakazuje ustawa. – Więc czeka nas bardzo trudne doświadczenie. Każdy, kto śledził wcześniej takie pierwsze czytania, wie, że odbywa się tam pokaz manipulacji i kłamstw dotyczących aborcji – mówiła Broniarczyk.

Podkreślała, że w Sejmie jest w zasadzie tylko kilku polityków Solidarnej Polski i Konfederacji, którzy byliby skłonni poprzeć takie zmiany. – Ten projekt pochodzi z najbardziej radykalnych środowisk antyaborcyjnych. Prawo i Sprawiedliwość samo w sobie ma ogromny problem z takimi inicjatywami, więc one zawsze przepadały. Ten projekt jest podobny do tego z 2016 roku, kiedy na ulice w ramach "Czarnego Protestu" wyszło setki tysięcy kobiet. Teraz myślę, że on też wzburzy społeczeństwo i wyprowadzi ludzi – wskazywała Broniarczyk.

Szorstka przyjaźń

Gościni TOK FM tłumaczyła też, dlaczego fundacja Pro-Prawo do Życia Mariusza Dzierżawskiego mimo ciągłych niepowodzeń w Sejmie, nadal zbiera podpisy pod projektami, które mają zaostrzać prawo aborcyjne. – Ludziom często mylą się liderzy tych antyaborcyjnych środowisk, czyli Mariusz Dzierżawski i Kaja Godek (to ją podrzucano do góry po wyroku TK z 2020, który zakazał aborcji ze względu na ciężkie wady płodu –red.). A między nimi panuje szorstka przyjaźń, czy nawet konkurencja na radykalizm i grube pieniądze. Te środowiska nie tylko dostają pieniądze od kościoła, czy lokalnych darczyńców. Oni walczą ze sobą o pieniądze z USA. Fundacja Dzierżawskiego od początku nie kryje się z tym, że chce karać kobiety za przerywanie ciąży. Kaja Godek kluczy w tej sprawie – wyjaśniała Broniarczyk.

Tłumaczyła, że fundacja Dzierżawskiego kopiuje strategię amerykańskich ruchów antyaborcyjnych, choć jeszcze w naszym kraju nie dochodzi do ataków fizycznych na kliniki przerywające ciążę czy medyków, którzy pomagają w ten sposób kobietom. – Kiedyś byłam w programie telewizyjnym z wysoko postawioną działaczką fundacji, Anną Szczerbatą. Pani redaktor pytała, po co składają tak radykalne podpisy, skoro w wielu krajach to nie działa. Zakaz aborcji działa tak, że ona i tak jest robiona, ale w atmosferze strachu, wstydu i większego ryzyka. Ona ze szczerością odparła, że w prawie zapisane też jest, że nie można kraść, a ludzie kradną. Im chodzi tylko o to, żeby potępiać kobiety. Oni mają pełną świadomość, że nie ochronią "życia poczętego". Chcą zmuszać kobiety do rodzenia. A tego, które te odmówią, mają czuć wstyd. I ta strategia cały czas działa – wyjaśniała gościni TOK FM.

DOSTĘP PREMIUM