Sankcje przeciw Białorusi mogą uderzyć w Kreml, a konkretnie w jedną firmę. "Tego się Rosja boi"

- Na Białorusi propaganda jest nieprawdopodobna. Łukaszenka twierdzi, że migrantów sprowadzają niemieccy, polscy, litewscy pośrednicy. Są insynuacje, że ci ludzie są zbrojeni bronią płynącą z Ukrainy - mówiła w Poranku TOK FM Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz, była ambasador Polski w Rosji, a dziś szefowa "Strategie2050" - instytutu współpracującego z ruchem Polska 2050.
Zobacz wideo

W poniedziałek szefowie resortów spraw zagranicznych krajów Unii Europejskiej mają zdecydować o przyjęciu sankcji wobec Białorusi, a ściślej - wobec ok. 30 osób i firm zaangażowanych w sprowadzanie migrantów. Dziś szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego Paweł Soloch stwierdził, że sankcje te są niewystarczające.

Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz była pytana w Poranku TOK FM o kroki, które należy podjąć, by rozładować kryzys na granicy polsko-białoruskiej i czy sankcje mają szansę odnieść taki skutek. Zdaniem ekspertki jest to dobra droga, choć potrzebne są mocniejsze naciski. - Musimy współpracować z sojusznikami i działać na rzecz zaostrzenia sankcji, i to się dzieje, ale tu potrzeba jeszcze więcej. Sankcje mają objąć linie lotnicze przewożące migrantów do Mińska i pytanie, czy zostanie nimi objęty Aerofłot, czyli rosyjskie linie lotnicze. Gdyby tak się stało, to byłoby ogromne uderzenie ekonomiczne, którego Rosjanie się boją - tłumaczyła Pełczyńska-Nałęcz w rozmowie z Karoliną Głowacką. 

Ekspertka wskazywała jednak, że potrzebne są również działania w miejscach, z których migranci ruszają w podróż do Białorusi. Chodzi o działania informacyjne np. na lotniskach, na których wsiadają do samolotów - o uświadomienie im, że granica między Białorusią a Polską jest zamknięta. Rozmówczyni TOK FM zwracała uwagę, że takie działania powinny podejmować polskie placówki dyplomatyczne, ale także ambasady innych krajów UE - dlatego m.in. potrzebna nam jest dobra współpraca ze Wspólnotą w tym temacie.

Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz wskazała również na możliwość wprowadzenia sankcji dwustronnych. - Czyli blokowania granicy dla np. towarów białoruskich, a w radykalnym przypadku - innych towarów tranzytowych, w tym płynących z Rosji i Chin. Ale to może się dziać tylko przy szerokim informowaniu wszystkich stron, których takie sankcje by dotknęły i przy ich zapewnieniu, że rozumieją sytuację - tłumaczyła była polska ambasador w Rosji. Dodała, że przez tę granicę przechodzi prawie 10 proc. eksportu chińskiego do Europy. - W interesie strony polskiej nie jest konflikt z Chińczykami, ale sprawienie, by wywarli presję na Rosji. Nie jest korzystne również przekierowanie tego tranzytu przez Chińczyków w inne miejsce, dlatego trzeba działać delikatnie - dodała. 

Ile Rosji w konflikcie z Białorusią?

Zdaniem Pełczyńskiej-Nałęcz ostatnie zachowania Rosji pokazują, że nawet jeśli nie jest to kryzys wywołany przez nią, to na pewno jest przez nią wsparty. - Trudno powiedzieć, czy u początku jest sam Łukaszenka, czy od razu było to skoordynowane z Moskwą. Tam toczy się gra o resztki autonomii. Rosja naciska, żeby uzależnić Białoruś we wszystkich aspektach, a Łukaszenka, którego na Kremlu nie lubią, chce wydrzeć i zachować dla siebie jakąś niezależność - i tu nie chodzi o niepodległość Białorusi, a o jego władzę - tłumaczyła ekspertka.

Zwracała również uwagę na przekazy propagandowe, które powielane są nie tylko przez białoruski, ale również rosyjski reżim. Jej zdaniem zdecydowanie ciekawsze jest słuchanie tego, co Łukaszenka mówi na wewnętrzny użytek krajowy. A tu propaganda jest niezwykle intensywna. - Twierdzi, że migrantów sprowadzają niemieccy, polscy, litewscy pośrednicy. Mówi, że co my, Polacy, się dziwimy, że są uchodźcy, skoro to efekt amerykańskiej - z udziałem Polski - interwencji w Iraku. Są insynuacje, że migranci są zbrojeni bronią płynącą z Ukrainy - wyliczała.

Jednak jeden z przekazów budzi szczególny niepokój - Łukaszenka zwrócił się do Rosji o wsparcie wojskowe, twierdząc, że po stronie polskiej następuje nagromadzenie wojsk. - Od dwóch dni regularnie latają rosyjskie bombowce nad granicą, więc Rosja tej pomocy udziela - mówiła Pełczyńska-Nałęcz.

Co więcej, Rosjanie udzielają Łukaszence politycznego i narracyjnego wsparcia, obwiniając stronę polską i europejską o napływ uchodźców. - Oskarżają Polskę również o niehumanitarne traktowanie, mówią, że należy Łukaszence zapłacić jak Erdoganowi. Że należy siąść z nim do stołu - relacjonowała rozmówczyni Karoliny Głowackiej, nawiązując do porozumienia, jakie Unia Europejska zawarła z prezydentem Turcji Recepem Tayyipem Erdoganem. 

Pożywką dla białoruskiej i rosyjskiej propagandy jest również kryzys humanitarny po stronie polskiej. - Wszelkie incydenty są Łukaszence na rękę. Minimalizacja kryzysu jest potrzebna z powodów ludzkich, humanitarnych, ale także z powodów międzynarodowych, ponieważ duże znaczenie ma postrzeganie  tej sytuacji na Zachodzie - mówiła ekspertka, podkreślając jednocześnie, że wszelkie obrazki są przez białoruską propagandę wyolbrzymiane. - Dobrym czynnikiem byłoby dopuszczenie w ten rejon dziennikarzy, choćby nawet tylko grupy akredytowanych, i zwiększenie transparentności - podnosiła Pełczyńska-Nałęcz.

Po co to Łukaszence?

Zdaniem rozmówczyni TOK FM Łukaszenka ma kilka celów, z których większość się miesza z celami Rosji. - Chce wycofania sankcji i niewprowadzania nowych. Chce - i to mu się udaje - odwrócić uwagę od tego, co się dzieje w Białorusi, czyli od opresji politycznych. Chce zemścić się na stronie polskiej i europejskiej za to, że nie został uznany po ukradzionych wyborach prezydenckich. To jest państwo zawłaszczone przez tego człowieka i on się poczuł urażony - wyliczała. 

I dodała, że za tym wszystkim idą cele, które pokrywają się ze strategicznymi celami rosyjskimi: osłabienie UE i NATO, testowanie europejskiej jedności, podkręcanie nacjonalizmów i podziałów, rozbudzanie emocji wewnątrz społeczeństw, wreszcie pokazanie, że w Europie nie ma żadnej demokracji, nie ma poszanowania praw człowieka, więc na tym tle reżimy Rosji i Białorusi wcale nie wypadają źle. 

DOSTĘP PREMIUM