"WP": Firma wiceministra Mejzy obiecywała leczenie najciężej chorych. Chodzi o terapie niepotwierdzone naukowo

"Firma Łukasza Mejzy obiecywała leczyć umierających na raka i stwardnienie rozsiane, chorych na Alzheimera, Parkinsona oraz inne nieuleczalne przypadłości. Obecny wiceminister sportu osobiście jeździł i przekonywał rodziców chorych dzieci, że terapia jego firmy je wyleczy" - informuje Wirtualna Polska. Metoda, która miała pomóc chorym, nie ma potwierdzenia medycznego.

Łukasz Mejza na stałe zagościł w mediach - to pokłosie m.in. interesów, jakie prowadził zanim nim trafił do rządu Mateusza Morawieckiego. Do tej pory dowiedzieliśmy się m.in. o handlowaniu przez jego firmę maseczkami bez atestów oraz obrażaniu urzędników Urzędu Marszałkowskiego, za co sąd kazał mu publicznie przeprosić. 

Dziś (środa) Wirtualna Polska ujawniła, w jaki sposób polityk - który niedawno został powołany do rządu - chciał zarabiać na osobach ciężko chorych. Łukasz Mejza i jego współpracownicy mieli oferować leczenie m.in. chorym na raka, stwardnienie rozsiane czy chorobę Alzheimera. Wszystko za pośrednictwem spółki, która nadal należy do polityka Zjednoczonej Prawicy oraz sieci stowarzyszeń, które założyli - między styczniem a marcem 2020 roku - jego społeczni asystenci poselscy.

Za cenę wyjściową, czyli 80 000 dolarów oferowano przelot do San Diego, transport, opiekuna, noclegi oraz terapię "pluripotencjalnymi komórkami macierzystymi". Tylko, że - jak czytamy w WP - metoda ta nie ma żadnego potwierdzenia medycznego. Dziennikarze ustalili, że Łukasz Mejza był osobiście zaangażowany w sprawę, np. w folderach reklamujących "cudowne" terapie był podany numer telefonu do obecnego wiceministra sportu.

" - Byli u mnie w drugiej połowie ubiegłego roku. We czterech. Moja Hania ma dystrofię mięśniową, a pan Mejza i ci inni zaczęli tłumaczyć, że istnieje szansa na wyleczenie córki - wspomina pani Patrycja z Trzcińska-Zdroju - Zrobili mi nadzieję. Mama 6-letniej Poli miała uzbierać 1,2 mln zł. Leczenia nie ma, została jej zmyślona faktura na 300 tys. dolarów" - czytamy w tekście Szymona Jadczaka i Mateusza Ratajczaka.

Jak wynika z ustaleń dziennikarzy, rodzice ciężko chorych dzieci mieli podpisywać umowy ze stowarzyszeniami, które założyli współpracownicy Łukasza Mejzy i przekazywać im prawa do prowadzenia zbiórek charytatywnych, na zebranie pieniędzy potrzebnych na leczenie. Taką umowę podpisała m.in. cytowana mama chorej Poli. Kobieta zastanawia się, czy o sprawie nie powiadomić prokuratury.

"Dziś po medycznej firmie Łukasza Mejzy nie ma już śladu. A przynajmniej ktoś zrobił wiele, żeby takiego nie było. Usunięta została strona internetowa. Ktoś, kto to zrobił, zadbał też o to, żeby w sieci nie pozostała żadna jej kopia. Wyczyszczone są media społecznościowe, a komentarze na blogach zostały usunięte.  - Chorych przestaliśmy szukać chyba jakoś w lutym. Przyszedł któryś z chłopaków od Łukasza i powiedział, że teraz przerzucamy się na fotowoltaikę. A część z nas zajęła się szukaniem pracowników dla agencji pracy - wspomina były pracownik" - czytamy.

DOSTĘP PREMIUM

DOSTĘP PREMIUM