Czy Andrzej Duda zawetuje "lex Czarnek"? "Zagadka, nad którą głowią się wszyscy komentatorzy w kraju"

Co dalej z "lex Czarnek"? Po tym, jak Senat odrzucił kontrowersyjną ustawę, głosować ponownie będą posłowie. - Ja na miejscu posłów PiS nie poparłabym ustawy, której uzasadnienie zostało... zmyślone, to za duże słowo, ale bardzo nagięte - mówiła w TOK FM Justyna Suchecka-Jadczak z TVN24.pl.
Zobacz wideo

Ustawę znaną jako "lex Czarnek" od miesięcy krytykują nauczyciele, samorządowcy, działacze organizacji pozarządowych, rodzice i uczniowie. Nowelizację prawa oświatowego w miniony piątek odrzucił Senat. Ustawa firmowana przez Przemysława Czarnka wróci więc do Sejmu. Czy po spektakularnej wpadce PiS-u w sprawie nowej ustawy covidowej, uda się rządzącym zebrać większość?

- Jeszcze tydzień temu powiedziałabym, że z całą pewnością, to prezydent będzie decydował. Ale mam wrażenie, że ostatni tydzień to nieustająca układanka polityczna, w której nic nie może być pewne - mówiła w TOK FM Justyna Suchecka-Jadczak. Zdaniem dziennikarki TVN24.pl obecnie nie można być pewnym, że członkowie Zjednoczonej Prawicy i ich sojusznicy będą mieć większość w głosowaniu w sprawie "lex Czarnek".

- Jest więc cień nadziei w przypadku tej ustawy, która jest niebezpieczna dla szkoły. Jej odrzucenie byłoby z pewnością dużym sukcesem edukacji. Ale, jeśli tak się nie stanie, to to, co zrobi prezydent, to zagadka, nad którą głowią się wszyscy komentatorzy polityczni w kraju - oceniła rozmówczyni Anny Piekutowskiej. 

Suchecka-Jadczak podkreśliła, że Andrzej Duda nie jest zwolennikiem rozwiązań, które znalazły się w kontrowersyjnej nowelizacji. Przypomnijmy, że "lex Czarnek" zwiększa kompetencje kuratora, ogranicza znacznie możliwości działania w szkołach organizacji pozarządowych, osłabia rolę samorządu terytorialnego.

- Duda jako pierwszy chciał zmienić przepisy w kwestii organizacji zajęć dodatkowych, prowadził szeroko zakrojoną kampanię na temat praw rodziców. Było to jeszcze w lipcu 2020 roku, w czasie kampanii wyborczej - przypomniała dziennikarka. Według gościni TOK FM sprawa nowelizacji prawa oświatowego może się rozstrzygnąć w najbliższych dniach. - Napięcie wokół "lex Czarnek" trwa już pół roku i nikomu nie zależy, żeby tę sprawę przeciągać - oceniła.

"Dęte" uzasadnienie ustawy

Wątpliwości wobec ustawy firmowanej przez ministra edukacji i nauki wzrosły po tym, jak Suchecka-Jadczak ujawniła, że skarg od rodziców, które miały być argumentem do zmiany prawa, praktycznie... nie było. Od ministra oraz m.in. słynnej kurator małopolskiej Barbary Nowak słyszeliśmy o masowych skargach rodziców, którym miała nie podobać się aktywność w szkołach organizacji pozarządowych. Okazało się, że w rzeczywistości było ich mniej niż 30.

- Na tę chwilę mamy 27, zapewne jest ich kilka więcej, bo trzy województwa uparcie nie odpowiadają. Gdyby polityka w Polsce toczyła się wedle sprawiedliwych zasad zawsze, to ja na miejscu posłów PiS, nie poparłabym ustawy, której uzasadnienie zostało... zmyślone, to za duże słowo, ale bardzo nagięte. 27 skarg w ciągu sześciu lat w kraju, w którym mamy ponad 4,5 mln uczniów, te liczby brzmią jak jakiś żart - oceniła dziennikarka. 

Ale, czy dla polityków to w ogóle jest argument? - Kiedy opublikowaliśmy tekst oparty na danych z kuratoriów, to szef gabinetu politycznego min. Czarnka powiedział, że oni i tak wiedzą lepiej. Bo w czasie kampanii rozmawiali z milionem rodziców. To jest największy problem w dyskusji o "lex Czarnek", że możemy rozmawiać o tym, co nam się wydaje i o tym, co jest. Pytanie, którą drogę wybiorą posłowie PiS, którzy mają za tą ustawą głosować - mówiła rozmówczyni Anny Piekutowskiej.

Prezydent i jego żona

Dziennikarka TOK FM przyznała, że "wkurza ją narracja", że prezydent może nie podpisać "lex Czarnek", ze względu na swoją żonę - nauczycielkę. Z Agatą Kornhauser-Dudą o wadach nowych przepisów rozmawiały już posłanki opozycji.

Suchecka-Jadczak zgodziła się, że narracja dotycząca prezydenta i jego żony "jest straszliwie patriarchalna".  - Bardzo szanuję, że pani prezydentowa jest nauczycielką, była nauczycielką chwaloną przez swoich uczniów i na pewno taką osobą, która wie, dlaczego te przepisy są złe. Ale równocześnie pani prezydentowa nie wypowiadała się publicznie ws. edukacji ani, kiedy likwidowano gimnazja, ani kiedy nauczyciele strajkowali masowo. Jeżeli prezydenta nie przekonują argumenty ponad stu organizacji, które od ponad pół roku są przeciwne tej ustawie,  to nie chciałabym, żeby to żona był tym, kto go przekona. Bo to by znaczyło, że on jest odporny na realne argumenty - podsumowała dziennikarka TVN24.pl.

DOSTĘP PREMIUM