Rząd rusza z ofensywą w sprawie atomu. Ekspert studzi emocje: Szykujmy się na wieloletnie opóźnienia

Ruszyła rządowa ofensywa w sprawie elektrowni. Jednak zdaniem ekspertów nie oznacza to, że Polska szybko będzie mogła korzystać z takich źródeł energii. - Musimy mieć świadomość, że pierwszej elektrowni nie zobaczymy w 2033 roku, jak zapowiada rząd, tylko wiele, wiele lat później - mówił w TOK FM Robert Tomaszewski z "Polityki Insight". Z kolei Jakub Wiech z portalu Energetyka24 dodał, że opóźnienia w budowie polskich reaktorów mogą skutkować ryzykiem utraty konkurencyjności naszej gospodarki.
Zobacz wideo

W środę rząd przyjął uchwałę w sprawie elektrowni jądrowych w Polsce. Pierwsza z nich ma być budowana w amerykańskiej technologii przez Westinghouse - poinformował premier Mateusz Morawiecki. Pytany o koszt pierwszego projektu jądrowego w Polsce, wskazał: "Orientacyjna suma to jest do ok. 20 mld dolarów, czyli kwota sięgająca 90-100 mld zł".

Z kolei minister klimatu i środowiska Anna Moskwa poinformowała, że pierwsze reaktory zostaną zbudowane "w okolicach Choczewa, Żarnowca". - Dopiero po wydaniu decyzji środowiskowej będziemy w stanie precyzyjnie powiedzieć o posadowieniu tej konkretnej inwestycji. Wstępnie jest to Kopalino-Lubiatowo - stwierdziła.

To jednak nie wszystko, bo rząd w ostatnich dniach przystąpił do zasypywania opinii publicznej informacjami o kolejnych elektrowniach jądrowych, które mają powstać w Polsce. W planach, jak mówił premier, jest budowa łącznie trzech takich obiektów. Oprócz tego tworzonego we współpracy z Amerykanami kolejny ma powstać w Pątnowie - w technologii koreańskiej. Poza tym rząd jest otwarty na trzeci projekt. - Chcę zasygnalizować naszą gotowość do trzeciego projektu w Polsce centralnej, którego dokładna lokalizacja zostanie wybrana w najbliższych miesiącach, kwartałach - mówił Mateusz Morawiecki.

Ofensywa rządu w sprawie elektrowni nie oznacza jednak, że Polska szybko będzie mogła korzystać z takich źródeł energii. Zdaniem Roberta Tomaszewskiego, negocjacje nawet dotyczące najbardziej zaawansowanego projektu mogą zająć długie lata. - Wszystko to musi przejść przez zgody środowiskowe, lokalizacyjne, administracyjne, więc do samego wbicia łopaty pozostało jeszcze wiele lat - mówił w TOK FM starszy analityk ds. energetycznych w "Polityce Insight".

W dodatku - jak stwierdził - realizacja projektów budowy elektrowni jądrowych na Zachodzie prawie zawsze się opóźnia, więc można założyć, że stanie się to także w Polsce. - To klasyka, jeśli chodzi o państwa europejskie albo Stany Zjednoczone. Za każdym razem mamy do czynienia z przekroczeniem budżetu i wieloletnim przekroczeniem harmonogramów. Tak było np. we Francji i Finlandii. Więc decydując się na taki projekt, musimy mieć świadomość, że pierwszej elektrowni nie zobaczymy w 2033 roku, jak zapowiada rząd, tylko wiele, wiele lat później - ocenił gość Jakuba Janiszewskiego.

W jego ocenie, optymistyczny wariant to 2036-37 rok. - Ale jeśli w ogóle wyrobimy się do końca przyszłej dekady, to i tak będzie dobry wynik - zastrzegł także. 

"Lepiej chuchać na zimne, dopóki jest zimne"

Robert Tomaszewski zwrócił też uwagę, że Polska nie ma doświadczeń związanych z energetyką jądrową. Będzie więc musiała wyszkolić od kilkunastu do kilkudziesięciu tysięcy pracowników i importować bardzo zaawansowaną technologię, co wymaga czasu. Poza tym - potencjalne opóźnienia - mogą być też wywołane stale śrubowanymi standardami bezpieczeństwa.

- Chodzi o to, żeby to były naprawdę bezpieczne obiekty. Bo lepiej chuchać na zimne, dopóki jest zimne, niż gdy zacznie się przegrzewać, a reaktor zacznie się topić. W związku z tym to kwestia nadzoru jądrowego nad tymi projektami, czyli dbałości o to, by każda śrubka była odpowiednio sprawdzona. W Chinach i Rosji, które są znane z tego, że szybko stawiają elektrownie jądrowe, dbałość o ten nadzór jest znacznie mniejsza niż na Zachodzie - tłumaczył.

Jak dodał, do tego dochodzi jeszcze kontrola opinii publicznej w zachodnich państwach. Społeczności lokalne zabiegają bowiem o to, by mieszkać obok bezpiecznego obiektu - stąd i kontrola budowy reaktorów musi być transparentna. - Nie może dochodzić do takich sytuacji, która wydarzyła się np. w białoruskim Ostrowcu, gdzie podczas budowy spadł reaktor. To zupełnie nie do pomyślenia na Zachodzie, a w Białorusi nikt nie wyciągnął konsekwencji. Im dalej na Wschód, tym projekty jądrowe są realizowane według znacznie bardziej liberalnej polityki - stwierdził gość TOK FM.

Kawałek papieru z "Misia"

Zdaniem eksperta z "Polityki Insight", atom nie jest rozwiązaniem na krótki i średni termin. - Musimy przejść przez koniec tej dekady i początek następnej w sytuacji, kiedy będzie wycofywana flota elektrowni węglowych. A to one odpowiadają za 70 proc. naszej produkcji energii. Są już bardzo stare, ich średni wiek tok ok. 47 lat. Są wysłużonymi staruszkami, które zasłużyły już na emeryturę. Czymś musimy wypełnić tę węglową dziurę. Pozostają odnawialne źródła energii z niestety elektrowniami gazowymi - wskazał.

Podobnego zdania był Jakub Wiech. Zastępca redaktora naczelnego portalu Energetyka24 podkreślił w TOK FM, że zagrożeniem dla Polski będzie, gdy z jej systemu energetycznego zaczną "wypadać kolejne moce", a atom nadal pozostanie pieśnią przyszłości. - Im szybciej będziemy tracić inne elektrownie, tym bardziej dotkliwe będą opóźnienia na polu realizacji projektów jądrowych. Już nie mamy czasu na przesypianie okresu, który nam pozostał do uruchomienia pierwszego reaktora. Jeśli będziemy to robić, to zaryzykujemy utratą konkurencyjności gospodarki. Nikt nie zbuduje fabryki w Polsce, w której jest drogi prąd - alarmował.

Przypomniał przy tym, że Polska dużo już przespała. Dopiero w lutym 2021 roku rząd stworzył długoterminową strategię energetyczną państwa - Politykę Energetyczną Polski do 2040 r. Jednak i ten dokument - zdaniem eksperta - nie napawa optymizmem. - Ja go oceniam tak, jak w popularnym filmie "Miś" oceniono paszport na lotnisku Heathrow. Czyli, że to jest po prostu kawałek papieru - ocenił.

Zwrócił też uwagę, że program był już wielokrotnie modyfikowany, dostosowywany do opóźnień i teraz też najprawdopodobniej ulegnie zmianie. - Zrezygnowano z kluczowego założenia, a więc jednego dostawcy technologii dla wszystkich przewidzianych w tym przedsięwzięciu elektrowni - podsumował gość TOK FM.

DOSTĘP PREMIUM

TOK FM PREMIUM