"Totalna katastrofa". Były zastępca szefa SKW o chaosie w służbach i Tomaszu L. "Jestem daleki od spokoju"

Były zastępca szefa Służby Kontrwywiadu Wojskowego ma nadzieję, że w sprawie Tomasza L. "w Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego weźmie górę profesjonalizm, a nie wpływ polityczny". I uda się wyjaśnić sprawę rosyjskiego szpiega. Płk rezerwy Maciej Matysiak przyznał w TOK FM, że "przerażającym scenariuszem" byłoby, gdyby okazało się, że zatrzymany w marcu urzędnik już w 2006 roku był współpracownikiem Rosji.

Jak ujawnili dziennikarze TVN24, zatrzymany w marcu 2022 roku - pod zarzutem szpiegostwa na rzecz Rosji - Tomasz L. w 2006 roku był członkiem komisji likwidacyjnej Wojskowych Służb Informacyjnych. Nie wiadomo, czy już wtedy był rosyjskim agentem. Ale nie ulega wątpliwości, że mężczyzna miał dostęp do największych tajemnic polskiego wywiadu i kontrwywiadu wojskowego.

Zdaniem płk rezerwy Macieja Matysiaka, jeżeli okazałoby się, że L. w 2006 roku współpracował z Rosjanami, to byłby to "przerażający scenariusz". - Totalna katastrofa. Oznaczałoby, że miał właściwie nieograniczony dostęp do danych polskich wojskowych służb specjalnych. A według mojej wiedzy członkowie komisji mieli bardzo szeroki dostęp do danych - mówił w TOK FM ekspert Fundacji Stratpoints, były zastępca szefa Służby Kontrwywiadu Wojskowego, obecnie pełniący obowiązki dyrektora instytutu nauk o bezpieczeństwie Akademii Nauk Stosowanych w Gnieźnie.

Rozmówca Wojciecha Muzala podkreślił, że Służbę Kontrwywiadu Wojskowego zna "od trzeciej godziny jej istnienia". - Od wtedy zacząłem pełnić w niej obowiązki, przez jakiś czas współtworzyłem tę służbę, a - z przerwami służyłem - do 2016 roku. Widziałem więc początki i - kolokwialnie mówiąc - chaos wtedy panujący: organizacyjny, kadrowy, przypadkowość znajdujących się tam osób - wspominał ekspert.

Tego typu sytuacje bardzo sprzyjają próbom umieszczenia w takiej strukturze obcych agentów czy też  wyciekom informacji.  - Nie panuje się nad informacjami, nad ludźmi, nikt nikogo nie zna. Taki chaos miał miejsce na początku istnienia SKW. I jeśli Tomasz L. w tym czasie realizował już zdania na rzecz rosyjskiego wywiadu, to w zasadzie tylko od jego kolegów zależało, do czego miał dostęp. A komisja miała dostęp praktycznie do wszystkiego - wyjaśnił.

Do jakich konkretnie danych mógł mieć dostęp Tomasz L. jako członek komisji likwidacyjnej? - Gdyby to był dostęp tylko dodanych pracowników wywiadu i kontrwywiadu, to nie byłoby aż tak wielkiej tragedii. Ale mówimy o danych operacyjnych, czyli o dokumentacji wszystkich prowadzonych działań, czyli rozpracowań, analiz, teczek zagadnieniowych, baz danych, archiwów, rejestrów współpracowników agentury. Nie wiemy dzisiaj dokładnie, do czego i kto miał dostęp, więc trzeba zakładać najniekorzystniejszy wariant - wyjaśnił były zastępca szefa SKW.

Tomasz L. mógł nie być jedynym agentem

Ekspert podkreślił, że trzeba brać też pod uwagę, że Tomasz L. nie był jedynym agentem. Choćby dlatego, że okoliczności takie, jak przeprowadzona w Polsce przed laty likwidacja WSI to wymarzona okazja dla obcych służb. - Służba specjalna kraju-przeciwnika jest pierwszoplanowym celem do pozyskania danych. Bo to tam koncentrują się najistotniejsze dane. Z reguły sprawy szpiegowskie - a w SKW przed moim odejściem realizowaliśmy taką sprawę szpiegowską - nigdy nie kończą się jednostkowo, to są zawsze sprawy wielowątkowe, odpryskowe. Bo agent, szpieg dostaje mnóstwo zdań dotyczących pozyskania informacji na temat innych osób - tłumaczył płk rezerwy Maciej Matysiak.

- Czy jest pan spokojny, że polskie państwo jest zdolne do tego, by to wyjaśnić i rozliczyć? - zapytał na koniec dziennikarz TOK FM. - Jestem daleki od spokoju. Ale mam nadzieję, że w Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego weźmie górę profesjonalizm, a nie wpływ polityczny - odpowiedział ekspert Fundacji Stratpoints i były zastępca szefa Służby Kontrwywiadu Wojskowego.

DOSTĘP PREMIUM

DOSTĘP PREMIUM