Wybory 2010. Jeśli nie billboardy, to co? Jaka kampania w trudnych czasach

Kandydaci na prezydenta będą mieli ograniczoną możliwość wykorzystywania swoich ulubionych środków w kampanii wyborczej: billboardów i spotów telewizyjnych. - Poradzą sobie innymi sposobami - uspokaja politolog dr Bartłomiej Biskup. W dodatku mniejsza ilość spotów i billboardów może być korzystna dla polityków i... wyborców.

Polecamy: Wybory 2010 dzień po dniu na Facebooku

Dr Bartłomiej Biskup, politolog z Uniwersytetu Warszawskiego, uważa, że w przypadku przyśpieszonych wyborów, kandydaci powinni prowadzić masową kampanię wyborczą - Najlepsze są reklamy telewizyjne i billboardy - twierdzi.

Co jednak, jeśli kandydaci nie mają takiej możliwości? Dziś "Puls Biznesu" podał , że większość billboardów jest już zarezerwowana. Problem może być również ze spotami telewizyjnymi. Zapewne jakaś część billboardów i czasu reklamowego została zarezerwowana przez polityków, ale niewielka, bo kampania wyborcza miała się odbyć latem, a nie w czerwcu.

Możliwe więc, że nie będzie problemów z billboardami. - Zwróciliśmy się z prośbą o skrócenie okresu rezerwacji. Klienci przyjęli tę sytuację z dużym zrozumieniem. Mamy więc większą rotację rezerwacji i możliwość zrealizowania kampanii - powiedziała Radiu TOK FM Małgorzata Augustyniak z firmy AMS.

Internet ważny, ale trzeba uważać

- Politycy coraz częściej odkrywają możliwości Internetu. Ogromny potencjał mają profile społecznościowe. - mówi dr Sergiusz Trzeciak konsultant polityczny, zajmujący się kampaniami wyborczymi.

Już teraz kandydaci szeroko wykorzystują Internet. Tworzą nowe strony - jak Marek Jurek czy Andrzej Olechowski, zakładają konta na Facebooku i zaczynają pisać blogi. Według Trzeciaka, ciekawe spoty zamieszczane np. na serwisie YouTube mogą, jeśli będą bardzo popularne, w pewnym stopniu zastąpić spoty telewizyjne.

Internet może być jednak źródłem problemów. Zdarza się czarny PR. Na Facebooku powstały już grupy: "Nie dla kandydatury Bronisława Komorowskiego" oraz "Nie dla prezydentury Jarosława Kaczyńskiego", mimo że ten drugi polityk nie ogłosił, czy wystartuje w wyborach.

W dodatku kampania w Internecie jest trudna do kontroli. Instytut Batorego w swoim raporcie po eurowyborach stwierdził, że doszło do licznych naruszeń przepisów w przypadku kampanii internetowej. Chodziło głównie o nieoznaczanie materiałów wyborczych oraz reklam internetowych. W przypadku intensywnego wykorzystywania tego medium w tegorocznej kampanii te problemy mogą również wystąpić.

Trzeciak dodaje również, że nie można traktować Internetu jako głównego medium w kampanii. - To jest cały czas narzędzie rozwojowe. Ono nie zastąpi tradycyjnych mediów elektronicznych. Może tylko uzupełniać - zastrzega.

Listy, spotkania, ulotki

Oprócz Internetu jest jeszcze cała paleta tradycyjnych środków wykorzystywanych w kampaniach. Sojusz Lewicy Demokratycznej, który jeszcze nie ma swojego kandydata w wyborach, będzie stawiał na marketing bezpośredni. Już tragicznie zmarły Jerzy Szmajdziński przez ostatnie 3 miesiące jeździł po Polsce i spotykał się z wyborcami. - Z pewnością będziemy kontynuować, to co zaczął Jerzy Szmajdziński - bezpośrednie spotkania. Bo to najlepsza forma kampanii - mówi Tomasz Kalita, rzecznik Sojuszu.

Trzeciak zaznacza jednak, że taka forma ma swoje ograniczenia - kandydat ma mało czasu, żeby odwiedzić większą liczbę miejsc. Dodaje jednak, że to znakomity pomysł na wzmocnienie struktur lokalnych. Mieszkańcy mniejszych miejscowości będą długo pamiętać odwiedziny znanego polityka danej partii. Ugrupowanie kandydata będzie mogło liczyć na ich przychylność.

Można jeszcze korzystać z plakatów i ulotek wyborczych, ale według Trzeciaka, jednym z najlepszych sposobów na zachęcenie wyborców jest wysyłanie listów. - Listy do wyborców są znacznie skuteczniejsze niż ulotki - mówi.

Nie ma co płakać za billboardami

Trzeciak i dr Biskup są zgodni, że po tragedii w Smoleńsku intensywna kampania byłaby źle widziana. Partie same mogłyby zrezygnować z częstego wyświetlania spotów wyborczych w telewizji i obklejania całej Polski billboardami. - W tej atmosferze jaka wytworzyła się po tragedii w Smoleńsku. Prześciganie się na ilość spotów w telewizji do jakiegoś stopnia drażni wyborców - mówi Trzeciak.

W dodatku można całą sytuację obrócić na swoją korzyść. - To byłby pewien ukłon w stronę elektoratu i pokazanie, że można również prowadzić kampanię wyborczą, która nie jest oparta na spotach i billboardach, które są bardzo kosztowne - twierdzi Trzeciak. Można pieniądze podatników lepiej wykorzystać.

Dr Biskup nie ma wątpliwości, że mimo ograniczeń kandydaci będą w stanie przeprowadzić kampanię wyborczą. - Poradzą sobie innymi sposobami, choć nie będzie to tak skuteczne - uważa.

DOSTĘP PREMIUM