Wybory 2010. Komorowski nie boi się haków

Na wszelki wypadek lochy (red. BBN-u) zostały opieczętowane (...) i czekają na okres powyborczy do decyzji następnego prezydenta - mowił Bronisław Komorowski w odpowiedzi na pytanie, czy nie boi się "haków" w kampanii prezydenckiej. Marszałek był gościem "Faktów po Faktach" w TVN24.

- Nie interesowałem się, nie dotknąłem i nie dotknę tego nawet palcem - powiedział marszałek na pytanie, czy nie widział żadnych materiałów z BBN-u - Natomiast wyciągam bardzo daleko idące wnioski z tego, że Lech Kaczyński przez parę lat nie opublikował tych materiałów, widocznie sam nie wierzył. I bardzo słusznie - dodał.

"Nie znoszę ekshibicjonizmu i wzruszania się przed kamerami"

Komorowski odniósł się też do zarzutów o brak empatii względem rodzin ofiar katastrofy smoleńskiej. - Trzeba koncentrować się na tym, co dla państwa najważniejsze - mówił Komorowski - Nie sztuką jest przeżyć żałobę, tylko ją zorganizować (...) Szacunek tym co zginęli należy okazać pracą, a nie łzami w oczach - stwierdził.

Marszałek nie chciał rozmawiać o tym, co czuł podczas żałoby narodowej, mówiąc jedynie, że "emocje należy mieć w sobie, a nie je rozgrywać" i że "nie znosi ekshibicjonizmu i wzruszania się przed kamerami". Komorowski wyznał jedynie, że najcięższe było dla niego pożegnanie kolegów, którzy zginęli w katastrofie prezydenckiego samolotu.

W pierwszej chwili chciał zrezygnować z kandydowania

Komorowski wyznał, że w momencie, gdy dotarła do niego wiadomość o katastrofie zastanawiał się, czy nie zrezygnować z kandydowania w wyborach prezydenckich. - Bardzo trudno jest mieć na plecach ciężar dwóch najważniejszych funkcji w państwie. Nie da się tak tańczyć oberka wyborczego - mówił polityk.

Według marszałka gdyby wycofał się z wyborów, sprawiłby zawód wielu ludziom, którzy głosowali na niego w prawyborach w PO i chcieliby go widzieć jako prezydenta.

"W skali państwa jest do wykonania praca"

Marszałek ocenił, że w "skali państwa" należy stworzyć reguły dotyczące wspólnych lotów najważniejszych osób w kraju, nie tylko dowódców rodzajów sił zbrojnych. Komorowski pytany czy wie kto dopuścił się tego, że w jednym samolocie lecieli wszyscy najważniejsi generałowie odparł: "Wiem kto zaprosił wszystkich generałów na pokład samolotu".

- Dla mnie jest to sygnał świadczący o tym, że w skali państwa jest do wykonania praca. Praca, która musi polegać na tym, że nie tylko w obszarze sił zbrojnych, ale także władzy państwowej tworzy się pewne reguły obowiązujące, dotyczące tego kto z kim może, albo nie powinien latać - dodał marszałek

Jak podkreślił, na pewno osobą, która zapraszała nie był minister obrony Bogdan Klich. Zaznaczył, że stroną w takich przypadkach jest kancelaria premiera, Kancelaria Sejmu lub Senatu, albo Kancelaria Prezydenta.

"Na Polsce mści się brak współpracy między organami władzy"

W ocenie marszałka, gdyby były dobre relacje w obszarze władzy wykonawczej, pomiędzy prezydentem a rządem, czy ministerstwem obrony narodowej, nie byłoby z tym żadnego problemu, aby nawet na telefon uzgodnić, ostrzec i skorygować kwestie dotyczące lotu.

- Widać jak się mści na państwie polskim brak współpracy między głównymi organami państwa polskiego. Jak się mści atmosfera podejrzeń w tym zakresie, a nie współpracy, tu jest główne źródło nieszczęścia - uważa Komorowski.

Pytany kto wyznaczał listę pasażerów marszałek mówił: - Wiem jedno - zawsze generałowie nie odmówią zwierzechnikowi sił zbrojnych - prezydentowi. Prezydent też nie jest od tego, żeby się tak bardzo nad tym zastanawiać czy zwiększa zagrożenie czy nie. Od tego ma urzędników, od tego miał szefa BBN i szefa Kancelarii. Coś tutaj nie działało w skali państwa polskiego.

DOSTĘP PREMIUM