Protestów wyborczych brak. A droga do unieważnienia wyborów bardzo daleka

Wyborcy mają trzy dni na zgłaszanie protestów wyborczych. Na razie do Sądu Najwyższego nie wpłynął ani jeden. Ale nawet jeśli SN zaleją protesty złożone przez zwolenników Jarosława Kaczyńskiego, szanse na unieważnienie niedzielnego głosowania są bardzo małe. - Nie ma twardych przesłanek, które wskazywałyby na zasadność takich protestów wyborczych - ocenia prawnik.

Od wtorku można składać protesty wyborcze. Ale do Sądu Najwyższego nie wpłynął do tej pory ani jeden. Na składanie protestów wyborcy mają trzy dni. Mimo, że to mało czasu można spodziewać się, że SN zaleją protesty osób, którym nie podoba się wynik niedzielnego głosowania. Zwolennicy Jarosława Kaczyńskiego nawołują do składania protestów. Powodem ma być to, że wyborcy z terenów dotkniętych przez powódź nie mogli ani normalnie głosować, ani poznać poglądów kandydatów.

Zwolennicy Kaczyńskiego chcą unieważnienia wyborów - przeczytaj.

W przypadku protestów wyborczych trzeba wziąć pod uwagę, jak tłumaczy rzecznik SN prof. Piotr Hofmański, "różnicę głosów jaką pomiędzy kandydatami ostatecznie została wyliczona przez PKW". Dlatego jak wyjaśniał w Komentarzach Radia TOK FM "trudno sobie wyobrazić żeby jednostkowe przypadki miały wpływ na wynik wyborów przy takiej różnicy głosów". Przypomnijmy - Bronisław = Komorowski zdobył ponad 1 mln głosów więcej niż Jarosław Kaczyński.

Jak mówił prof. Hofmański po wyborach wpływa do SN średnio 100 protestów. Oczywiście wyjątkiem były słynne wybory prezydenckie z 1995 roku. - Napłynęło wtedy pół miliona protestów. Nawet wtedy okazało się, że nie miało to wpływu na wynik wyborów - przypomniał rzecznik SN. Wtedy powodem składania protestów były niejasności związane z wykształceniem Aleksandra Kwaśniewskiego, który wygrał wybory.

"Dość mało wiarygodne" zarzuty

Prawnik z Fundacji Batorego - Dawid Sześciło - nie widzi szans na unieważnienie wyników wyborów prezydenckich. - Wyobrażam sobie unieważnienie wyników wyborów wójta czy burmistrza, bo można rzeczywiście wykazać, że uchybienia miały wpływ na wynik wyborczy. Skala jest tak mała, że można to wykazać. Ale w przypadku wyborów prezydenckich wydaje mi się to bardzo trudne. Tym bardziej, że nie ma twardych przesłanek, które wskazywałyby na zasadność takich protestów wyborczych - powiedział w Komentarzach Radia TOK FM.

Zdaniem Sześciły trudno będzie wykazać, że powódź miała wpływ na wyniki głosowania. - Trzeba przyjrzeć się frekwencji jaka była na terenach powodziowych i porównać z frekwencją we wcześniejszych wyborach. Okazuje się, że frekwencja była nawet wyższa, niż pięć lat temu kiedy nie było powodzi - mówił. Jak dodał władze lokalne w porozumieniu z PKW dosyć dobrze poradziły sobie z "obowiązkiem zapewnienia każdemu dostępu do lokali wyborczych". - Nie było dramatycznych sygnałów, że w jakiejś gminie wyborcy nie mieli możliwości oddania głosu.

A jak gość Komentarzy Radia TOK FM ocenia argument, że mieszkańcy terenów zalanych nie mogli poznać poglądów kandydatów? - Nawet intuicyjnie jesteśmy w stanie stwierdzić, że takie zarzuty są dość mało wiarygodne - powiedział Sześciło.

Według prawnika największym kłopotem dla SN może być ilość protestów. - Jeśli liczba protestów będzie znacząca, to Sąd Najwyższy może mieć kłopoty, żeby zmieścić się w terminie 30 dni z ich rozpatrzeniem. Ale mam nadzieję, że tak się nie stanie - mówił prawnik.

DOSTĘP PREMIUM