Gen. Janicki o redaktorze "Gazety Polskiej": "To, co zrobił jest niepojętym barbarzyństwem"

- Należy się zastanowić, czy takie programy i artykuły nie spowodowały śmierci rodziców naszych kolegów z BOR - mówił w "Kropce nad i" szef Biura Ochrony Rządu. Generał Marian Janicki bardzo ostro ocenił ostatnie doniesienia "Gazety Polskiej", w których sugerowano, że niektórzy z pasażerów prezydenckiego tupolewa przeżyli katastrofę.

Monika Olejnik rozmawiała z Janickim o publikacji "Gazety Polskiej", która napisała, że Jacek Surówka z BOR miał przeżyć katastrofę. Ciężko ranny w nogi miał dzwonić do swojej żony z informacją, że "dzieją się tu rzeczy straszne". Żona funkcjonariusza szybko zdementowała te doniesienia.

"To wielka niegodziwość"

- Ja byłem w szoku. Powiem tak: to jest wielka niegodziwość. To jest niepojęte. Jak można być takim człowiekiem, który pół roku po katastrofie, po tym, jak żona pochowała męża... - mówił wzburzony Janicki. Generał dodał też, że "ma sentyment do Jacka Surówki", bo chodzili do tej samej szkoły w Krakowie.

- Nasi funkcjonariusze rozpoznali prawie wszystkich swoich kolegów. Nie będę mówił po czym. To, co zrobił redaktor z "Gazety Polskiej", jest niepojętym barbarzyństwem w stosunku do tej kobiety. Muszę powiedzieć, że jestem pełen podziwu do pani doktor Krystyny Łuczak-Surówki za tak dramatyczną wypowiedź. Naprawdę, redaktor "Gazety Polskiej" zrobił wielką krzywdę tej pani. I innym, nie rozpatrujmy tego tylko w kontekście jednej rodziny - dodał.

Oszczercze programy doprowadziły rodziców BOR-owców do grobu?

- Powiem więcej: to co się dzieje w tej chwili, co się dzieje w mediach... Chciałbym zaapelować w imieniu rodzin. Rozmawiałem z kilkoma żonami - mówił Janicki - Takie artykuły, takie programy, jakie w tej chwili mają miejsce... Zadam pytanie: a może by zapytać, czy te programy nie doprowadziły do śmierci jednej mamy, w drugim przypadku ojca naszych kolegów. To byli ludzie chorzy, oczywiście. Ale może te programy doprowadziły do tego, że ta choroba się nasiliła i tatę jednego z kolegów pochowaliśmy ponad miesiąc temu. A drugiego października pochowaliśmy mamę drugiego kolegi, gdzie spoczęła w grobie z własnym synem. Tu się trzeba zastanowić nad tym. Poczekajmy, miejmy zaufanie do prokuratury - zaapelował.

"Nie było żadnych rannych"

Generał stanowczo rozwiał też spekulacje jakoby niektórzy z pasażerów przeżyli katastrofę: - Nie było rannych. To jest ogrom tragedii. Tego, co zobaczyłem, do końca życia nie zapomnę - mówił.

Janicki potwierdził też, że żony oficerów BOR pytają go, czy nie należy ekshumować ciał ich mężów: - Były takie sytuacje. Wysłałem do Moskwy na identyfikację zwłok oficera w stopniu pułkownika, psychologa z wieloletnim stażem, lekarza i księdza kapelana BOR-u. Ksiądz kapelan był osobiście przy tym jak wszystkich naszych kolegów wkładano do trumien, do każdej trumny wkładał różaniec, obrazek święty, i był przy lutowaniu trumny. Wszyscy nasi koledzy są pochowani tam, gdzie były ich pogrzeby - oświadczył stanowczo.

"BOR był na lotnisku Siewiernyj"

Janicki twierdził, że na lotnisku Siewiernyj w Smoleńsku było dwóch oficerów BOR. Byli to ci sami oficerowie, którzy zabezpieczali wizytę 7 kwietnia. Zaprzeczył tym samym wcześniejszym doniesieniom funkcjonariuszy, którzy twierdzili, że lotnisko było zabezpieczane tylko przez Rosjan. Generał powiedział, że nie ma żadnych wyrzutów sumienia związanych z organizacją feralnego lotu do Smoleńska.

"GP" odpowiada: To odbieranie praw dziennikarzom

Na pytanie, jak przyjmuje ostre słowa Janickiego o wpływie publikacji w "Gazetcie Polskiej" na rodziny ofiar i doprowadzenie do przedwczesnej śmierci rodziców oficerów BOR, Leszek Misiak, współautor artykułu odrzekł: - W ten sposób można spekulować do woli. Może oni nie wytrzymali cierpienia po stracie swoich bliskich? I dodał: - To odbiera dziennikarzom prawo do prowadzenia śledztw.

Misiak przyznał jednak, że sprawa opisanego telefonu "nie wyszła do końca jak trzeba". - Mamy uczciwe zamiary - zapewnił.

"GP": Oficer przeżył i powiedział żonie "To dzieją się rzeczy straszne"

"Gazeta Polska" napisała, że 10 kwietnia już po rozbiciu się Tu-154M, lecący nim funkcjonariusz BOR Jacek Surówka miał powiedzieć żonie przez telefon, że jest ciężko ranny w nogi i że "dzieją się tu rzeczy straszne". Następnie połączenie miało zostać przerwane. Żona funkcjonariusza Krystyna Surówka zaprzeczyła tym doniesieniom. W rozmowie z TVN 24 powiedziała m.in że "to bardzo bolesna nieprawda". Mówiła, że mąż do niej nie dzwonił, a ostatnim kontaktem z nim był sms, który mąż wysłał jej z pokładu samolotu, jeszcze przed startem. Później - jak mówiła wdowa po funkcjonariuszu BOR - nie było żadnego kontaktu.

Według "Gazety Polskiej" informację, że Jacek Surówka dzwonił do żony już po katastrofie miał potwierdzić brat funkcjonariusza. Wdowa relacjonowała rozmowę ze współautorem tego tekstu. - Najpierw twierdził, że ma nagranie tej rozmowy, potem, że to była wymiana informacji przez maila z innym dziennikarzem. Podczas drugiej rozmowy obiecał, że prześle mi tego maila. W czasie trzeciej rozmowy wyparł się wszystkiego. Nie ma żadnego maila.

Publikację "Gazety Polskiej" potępiła Rada Etyki Mediów.

DOSTĘP PREMIUM