Nałęcz: To było ułaskawienie pod superspecjalnym nadzorem

- Jak się popatrzy, jak ta sprawa (ułaskawienia Adama S. - red.) była załatwiana, to widać, że była ona pod super, superspecjalnym nadzorem. Zrezygnowano z opinii sądu - podkreślił w rozmowie z ?Gazetą Wyborczą? prof. Tomasz Nałęcz, doradca w Kancelarii Prezydenta.

Agnieszka Kublik i prof. T. Nałęcz, cz. II, "Ułaskawienie pod superspecjalnym nadzorem"

 

9 czerwca 2009 roku prezydent w trybie nadzwyczajnym ułaskawił Adama S., przedsiębiorcę z Kwidzyna. Trzy tygodnie wcześniej S. założył spółkę z Marcinem Dubienieckim.

S. był skazany na rok i dziesięć miesięcy więzienia (w zawieszeniu na trzy lata) i 30 tys. zł grzywny oraz 120 tys. zł zwrotu wyrządzonej szkody. Wyrok dostał za to, że kilka lat oszukiwał urząd skarbowy i PFRON.

Jak napisał "Dziennik Bałtycki", który ujawnił sprawę, w śledztwie i przed sądem interesy Adama S. reprezentował Marek Dubieniecki, ojciec Marcina.

A prokurator generalny, który opiniuje wnioski o ułaskawienie był przeciwny zastosowaniu prawa łaski wobec Adama S..

"Dubieniecki pojawił się w polityce z delikatnością tarana"

Zdaniem prof. Tomasza Nałęcza, mąż Marty Kaczyńskiej pokazał, że nie rozumie "reguł życia publicznego".

- Temat stał się aktualny poprzez użycie przez Jarosława Kaczyńskiego i jego sztab wyborczy rodziny śp. Lecha Kaczyńskiego w kampanii wyborczej. Wtedy opinia publiczna dowiedziała się, że prezydent Kaczyński ma nie tylko córkę, ale że ta córka ma męża. I ten mąż pojawił się na scenie politycznej z delikatnością tarana. Zapowiadał, że będzie liderem listy PiS na Pomorzu, że będzie premierem - przypomniał Nałęcz.

Zdaniem doradcy prezydenta Komorowskiego ułaskawienie Adama S. odbywało się "pod super, superspecjalnym nadzorem. Zrezygnowano przecież z opinii sądu."

- W kancelarii Lecha Kaczyńskiego te sprawy były niezwykle wnikliwie i długo rozpatrywane. Lech Wałęsa i Aleksander Kwaśniewski ułaskawili tysiące ludzi, a Lech Kaczyński - 200 osób - mówi Nałęcz.

"Może komuś zależało, by nie zostawić śladu?"

Pytany czy przypuszcza, że Lech Kaczyński mógł nie wiedzieć, że chodzi o osobę związaną z jego zięciem, odpowiada: - Nie wiem. Mogę tylko powiedzieć, że każde pismo wpływające do Kancelarii ma swoją historię i da się ją odtworzyć: kto, kiedy i do kogo je przesyłał i dlaczego, kto je odbierał. Jako historyk mogę powiedzieć, że jeżeliby w tych dokumentach nie dało się odtworzyć tej historii, to będzie można wnioskować, że komuś zależało, by po sobie nie zostawić śladu.

"Takie sprawy pamięta się do grobowej deski"

Nałęcz wątpi też w tłumaczenie byłych ministrów w Kancelarii Prezydenta, którzy " nie pamiętają" tej sprawy.

- Zbyt długo funkcjonuję w tym świecie, by wiedzieć, że jak człowiek dotknie takiej sprawy, to ją pamięta po grobową deskę, bo może za nią zostać skazany na Sądzie Ostatecznym. Dlaczego nie chcą uczciwie powiedzieć, jak było, i to w sprawie, w której w grę wchodzi dobre imię ich szefa? Jeśli tego nie wytłumaczą, to Jarosław Kaczyński powinien jako pierwszy raz na zawsze zatrzasnąć przed nimi drzwi do życia publicznego - podkreśla Nałęcz.

Dlaczego wciąż nie wypowiedziała się w tej sprawie Marta Kaczyńska? - Ja w tej kwestii też wolę milczeć. Bo zadaję sobie pytania, na które nie ma dobrej odpowiedzi - kwituje Nałęcz.

"To walka na haki wyborcze"

Marcin Dubieniecki wydał wczoraj oświadczenie w sprawie ułaskawiania przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego Adama S.: "Publikacja tej sprawy jest najczystszym przejawem walki na wyborcze haki, a pośrednio ma zmierzać do szkalowania osoby śp. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego".

Cały wywiad w Gazecie Wyborczej: "Historia jednej łaski" >>>

DOSTĘP PREMIUM