"Życie zawsze zwycięża nad śmiercią. Nie dlatego, że jest lepsze, lecz okrutnejsze" [WYWIAD]

- Moja bohaterka jest śmiercią, która mieszka obok nas. Przybrała postać człowieka, kobiety i funkcjonuje w naszej rzeczywistości - opowiada o swoim najnowszym filmie "Code Blue" reżyserka Urszula Antoniak. W wywiadzie dla TOK FM mówi: - W Holandii, gdy człowiek dowiaduje się, że zostało mu kilka miesięcy życia, zostaje odsunięty, jest poza życiem. To strasznie okrutne też dla rodziny. Będąc z moim mężem, który umierał, musiałam przechodzić przez to każdego dnia.

"Code Blue" to najnowszy film Urszuli Antoniak, polskiej artystki od kilkunastu lat mieszkającej i tworzącej w Holandii. Coraz częściej pisze się o niej, że jest nadzieją europejskiego kina.

O "Code Blue" było głośno na ostatnim festiwalu w Cannes, film był też wydarzeniem Nowych Horyzontów we Wrocławiu. To film o Marian, która jest pielęgniarką w hospicjum. Kobieta wiedzie życie samotnika, unika kontaktu z ludźmi, nie waha się przed ofiarowaniem śmiertelnego zastrzyku cierpiącym w szpitalu chorym. Sama zdaje się żyć na granicy śmierci i życia.

Pewnej nocy obserwuje z okna mieszkania gwałt, którego dokonują dwaj mężczyźni na młodej kobiecie. Przygląda się tej scenie i nagle zauważa, że nie jest jedyna - przygląda się jej stojący w oknie mężczyzna. W Marian budzą się emocje, których nigdy nie chciała. Dla jednych będzie to film o śmierci, dla innych o życiu albo o samotności. Jak mówi reżyserka, to film-doświadczenie, jego interpretacja dla każdego może być inna.

Patrycja Wanat: Główna bohaterka "Code Blue" jest ciągle na granicy: życia i śmierci, brzydoty i piękna, okrucieństwa i czułości. Cały czas balansuje między skrajnościami...

Urszula Antoniak, reżyserka filmy "Code Blue": Tak, ona składa się z przeciwieństw, ogromnych kontrastów, np. dobra i zła. To, co robi, może być interpretowanie jako totalne zło albo łaska - dawanie śmierci jako łaski, wybawianie z życia, które jest cierpieniem. Udało mi się stworzyć taką bohaterkę dzięki temu, że wybrałam taką aktorkę. Bien de Moor, która została już wielokrotnie nagrodzona za tę rolę, ma nie tylko specyficzną urodę, ale też charyzmę. Zawsze też patrzę na postać w filmie na dwóch poziomach. Jeden jest realistyczny: ktoś skądś przychodzi, coś robi w życiu. Jest też poziom symboliczny, Amerykanie mówią na to "bigger than life", czyli mityczno-archetypiczny. Przykładowo w głośnym ostatnio "Drive". To film komercyjny, ale postać głównego bohatera jest niemal mityczna. Ten film jest prawie bajką.

 

W "Code blue" główna bohaterka jest jak Charon? Przeprowadza ludzi z jednej strony na drugą?

Tak, tak sobie ten charakter wymyśliłam i w taki sposób rozmawiałam z aktorką. Ona jest śmiercią, która mieszka obok nas, przybrała postać człowieka, kobiety i funkcjonuje w naszej rzeczywistości. Zastanawiałyśmy się, co by było, gdyby faktycznie śmierć przybrała postać kobiety. Czy świat by ją przestraszył, co byłoby dla niej najbardziej pociągające w naszej egzystencji, w jaki sposób podeszłaby do seksu? Jaką formę intymności chciałaby osiągnąć z ludźmi? Pewnie formę intymności ostatecznej, którą się nawiązuje z człowiekiem, który umiera. To jest więc pielęgniarka, która pomaga ludziom umrzeć.

I sama jest po tej stronie śmierci. Żyje w zasadzie tylko jej ciało, ale następuje punkt zwrotny, jest jak reanimacja...

Ona stworzyła sobie sytuację pełnej harmonii. Mieszka w mieszkaniu, które co prawda jest puste, ale ma przepiękny widok na niebo. Ona praktycznie istnieje w niebie, jest szczęśliwa. Jednej nocy widzi z okna gwałt. To nią wstrząsa do tego stopnia, że jest punktem zwrotnym. Nawet nie sam gwałt na jakiejś dziewczynie, ale fakt, że w momencie, gdy go widzi, obserwuje ją jej sąsiad. Osoba, która chce być anonimowa, zostaje nagle wydobyta z anonimowości, przez to, że ktoś na nią spojrzał, ktoś ją zobaczył. Już nie jest sama, istnieje połączenie z tą osobą.

Metaforą miłości jest to, że człowiek zaczyna istnieć w spojrzeniu drugiego człowieka. W ironiczny sposób kobieta, która nie chciała mieć żadnych normalnych, emocjonalnych i intymnych stosunków z ludźmi, nawiązała niechcianą intymność ze swoim sąsiadem.

I nie radzi sobie z nią

Ją to fascynuje i boi się tego. To jest taki rytuał dwóch zwierząt, które się obchodzą, obwąchują, przychodzą bliżej, ale nie chcą. Ona przechodzi do życia, właśnie poprzez brutalność życia.

To życie okazuje się gorsze od tego zawieszenia w śmierci

Pamiętam, jak opowiadałam o tym filmie w Cannes w 2010 roku, gdy szukałam na niego pieniędzy. Mówiłam, że jest to film o śmierci, o życiu i o tym, że życie zawsze zwycięża nad śmiercią, ale nie dlatego, że jest lepsze, tylko dlatego, że jest bardziej okrutne. Postawienie tego porządku na głowie istnieje już w pierwszych trzech minutach tego filmu. Widzimy ujęcie umierającej kobiety puszczone od końca do początku. Widząc to w odwrotnym kierunku okazuje się, że śmierć jest spokojem, harmonią, ciszą, a życie wydaje się złożone z krzyku, cierpienia, horroru.

Podczas pokazu filmu, w 2011 roku, reakcje widzów były bardzo emocjonalne. Czy to wynika z tego, że w naszych wyzwolonych społeczeństwach śmierć i niedołężność starych ciał jest tym, czego boimy się oglądać?

Myślę, że tam chodziło przede wszystkim o ostatnią scenę, w której jest nagość. Chociaż tam nie dochodzi nawet do dotknięcia. To jest największe okrucieństwo - kobieta jest poniżona nie będąc nawet dotknięta. Faktem jednak, że śmierć w filmach jest zwykle podana w formie melodramatu. Możemy sobie popłakać w kinie, potem zapomnieć i wrócić do normalnego życia. Śmierć jest takim ostatnim tabu w naszej kulturze, wypychamy ją ze świadomości, codziennej egzystencji. Zwłaszcza w kulturze konsumpcji, gdy jesteśmy tak skoncentrowani na życiu, byciu szczęśliwym i zdrowym

Z mojego dzieciństwa pamiętam coś innego. Nawet w najmłodszych latach nie byliśmy odcinani od śmierci, widzieliśmy przygotowywane do pogrzebu ciało. To była normalna kolej rzeczy, a teraz sami stworzyliśmy sobie to tabu.

Tak, ja pamiętam śmierć mojej babci, byłam przy tym obecna, bo zostałyśmy zawołane z moją siostrą, żebyśmy się z nią pożegnały. Pamiętam mycie ciała, w czasie pogrzebu zostało zrobione zdjęcie. To też było piękne - włączenia zmarłych do albumu, bo to wciąż nasza rodzina. Teraz rytuały śmierci nie istnieją. W Holandii, bardzo rozwiniętym kraju Zachodu, gdy człowiek dowiaduje się, że zostało mu kilka miesięcy życia, zostaje odsunięty, wysłany do szpitala albo hospicjum, czuje się wygnany na wyspę, jest poza życiem. To jest strasznie okrutne też dla rodziny, która musi istnieć w tych dwóch światach. Będąc z moim mężem, który umierał, musiałam przechodzić przez to każdego dnia. To jest szokujące, ale też bardzo otwiera oczy. Takie traumatyczne przeżycie, ale też wzmacniające.

Film "Code Blue" od 13 stycznia do zobaczenia w kinach

Oficjalnie jestem chłopcem... - zobacz niezwykły film Watch Docs>>

DOSTĘP PREMIUM