"Zamawiasz zupę, dostajesz zupę z whisky", czyli jak Nowy Jork zbuntował się przeciw prohibicji [FRAGMENT KSIĄŻKI]

Prohibicja miała ocalić konserwatywną Amerykę. Nowy Jork odpowiedział po swojemu i pokazał, że nic nie inspiruje bardziej niż zakaz. Powstawały nielegalne bary i meliny. Alkohol zaczął być elementem obywatelskiej niezgody. Hanna Zielińska w TOK FM rozmawia z Ewą Winnicką o jej książce "Zbuntowany Nowy Jork. Wolność w czasach prohibicji".
Zobacz wideo

- To jest książka o mieście w pewnym specyficznym momencie. To jest książka reporterska, która drąży jeden temat w głąb - mówi Ewa Winnicka o swojej książce "Zbuntowany Nowy Jork", w której pokazuje amerykańskie miasto w czasach prohibicji.

Pisarka opowiadała w TOK FM, że Nowy Jork był miastem specyficznym na mapie Stanów Zjednoczonych. Podczas gdy prohibicję wprowadzały kolejne stany od połowy XIX wieku i nowe regulacje były tam przyjmowane z dobrodziejstwem inwentarza, w Nowym Jorku to się nie udało, a miasto odpowiedziało buntem. 

Ewa Winnicka w rozmowie z Hanną Zielińską opowiadała, co wynikało z zakazu produkcji i dystrybucji alkoholu. - Dzięki prohibicji mamy mafię, z którą policja nie daje sobie rady do dzisiaj (...). Po wprowadzeniu poprawki [prohibicję wprowadzała 18. poprawka do Konstytucji Stanów Zjednoczonych] gangsterzy ludziom byli po prostu potrzebni - mówiła reporterka.

W książce możemy przeczytać, że rzeczywistość okazała się przeciwna do założeń pomysłodawców prawa dotyczącego prohibicji i zakaz picia zamienił się w niemalże nakaz picia. - W związku z prohibicją właściwie nie da się, nawet jakby się chciało, nie napić się alkoholu, bo zamawiasz zupę, a dostajesz zupę z whisky (...) - Hanna Zielińska cytowała fragmenty książki, dodając, że alkohol był przemycany wszędzie, czyli sytuacja była odwrotna niż prawo zakładało.

Posłuchaj całej rozmowy Hanny Zielińskiej z Ewą Winnicką w Aplikacji TOK FM:

Przeczytaj fragmenty książki Ewy Winnickiej "Zbuntowany Nowy Jork. Wolność w czasach prohibicji", wydanej przez Wydawnictwo Znak:

Pralka, papieros. Pęd i popęd

Zmieniała się gwałtownie jakość życia codziennego. Dzięki elektryczności, która rozpowszechniła się w latach dwudziestych, zaczęto produkować i sprzedawać na ogromną skalę odkurzacze, lodówki, radia, telefony, żelazka i pralki.

Między 1914 a 1927 rokiem o 57 procent wzrosło zapotrzebowanie na usługi pralni publicznych. Kobiety, które prasowały w domu, mogły korzystać z elektrycznych żelazek i pralek.

Wszystko to było dostępne dla przeciętnego obywatela, ponieważ gospodarka rozkwitała i rosły pensje. W 1922 roku średni dom kosztował 8 tysięcy dolarów, samochód 355 dolarów, a średnia pensja wynosiła 991 dolarów. Kobiety stopniowo uwalniały się od tradycyjnych codziennych obowiązków i zyskiwały „własne życie”. Mogły na przykład wykonywać prace zarobkowe i uniezależnić się od pieniędzy męża. Tłumnie pojawiały się więc w sekretariatach wydawnictw i agencjach reklamowych. Wraz z rosnącym poczuciem niezależności słabł autorytet mężowski i ojcowski. Nawet kobieta prowadząca dom miała więcej czasu na rozrywki.

Przekonanie, że stare konwenanse są nieatrakcyjne, zostało wzmocnione przez wieści dochodzące zza Atlantyku.

I nie chodziło tu wcale o bolszewizm i komunizm, którego Amerykanie zaczęli się obawiać, kiedy pokonali już Niemców i chwilowo nie było łatwego do zidentyfikowania wroga. Stała się nim teoria psychoanalizy Zygmunta Freuda. Co prawda Freud wraz ze swoim uczniem Jungiem prowadzili warsztaty dla amerykańskich psychologów już w 1909 roku, ale dopiero po wojnie nauki te trafiły na właściwy grunt i zaczęły się szerzyć wśród rzeszy Amerykanów. Oczywiście w dość uproszczonej formie, która sprowadzała się do przekonania, że człowiek jest raczej wyrafinowanym zwierzęciem, kodeksy moralne nie mają specjalnego znaczenia czy racji bytu. Czasem są oparte na dziwacznych poglądach.

Seks miał być główną i wszechobecną siłą, która rządzi zachowaniami człowieka, przypisać mu można niemal każdy ludzki motyw: jeśli jesteś patriotą lub lubisz skrzypce, to owładnął tobą seks, choć w wysublimowanej formie. Nieskrępowane życie seksualne jest warunkiem zdrowia psychicznego. Na spotkaniach towarzyskich i przy stołach do madżonga pojawiły się nowe słowa: kompleks niższości, sadyzm, masochizm, kompleks Edypa. Dokonywała się przemiana wartości. Skromność, powściągliwość i rycerskość wychodziły już z mody. Kobiety nie chciały być staroświeckimi damami i wzywać córek do zachowania czystości.

Zbyt częste stało się podejrzenie, że bycie staroświecką damą to wstyd, a czyste dziewczę hoduje nieczyste myśli, co niczym dobrym się nie skończy. Terminy „wiktoriański” i „purytański” stały się hańbiącymi obelgami; ludzie nowocześni kojarzyli je ze starymi kobietami w sztywnych sukniach dopiętych pod szyje i drętwymi jegomościami, którzy są „psami ogrodnika” i psują zabawę. Oczywiście nowe rewelacje szybko trafiły do literatury popularnej, powieści i magazynów. Mówiły one o seksie z otwartością i cynizmem nieznanym dotychczas w świecie anglosaskim.

Na początku lat dwudziestych znana publicystka napisała artykuł, w którym stwierdziła, że procesy fizjologiczne związane z narodzinami dziecka są dla wielu kobiet poniżające. Pokazała go redaktorowi jednego z najlepszych magazynów i oboje byli zgodni, że nie należy go drukować. Zbyt wielu czytelników przeraziłoby się treścią artykułu. Kilka lat później, w 1927 roku ów redaktor przypomniał sobie o tym tekście i nie mógł się nadziwić, że niegdyś go odrzucił. Taka otwartość wydawała się teraz absolutnie dopuszczalna. W miarę emancypowania się kobiet małżeństwa zaczęły się częściej rozwodzić. Rozluźnienie zasad moralnych zaczęło infekować także obywateli dojrzalszych. Na każde 100 małżeństw w roku 1910 rozwiodło się średnio 8,8 pary, a w 1928 roku 16,5 pary.

„Meyer robi mi awanturę z powodu moich płaszczy rzuconych niedbale do jego szafy. Odchodzę” – pisze w swoim dokumentującym nieszczęśliwe małżeństwo dzienniku Sara Blumenthal, młoda mężatka z dobrego nowojorskiego domu w roku 1923. W społeczeństwie miejskim osoby rozwiedzione były akceptowane bez żadnych zastrzeżeń.

Słyszało się o młodych dziewczynach z dobrych domów, które przed małżeństwem spędzały z mężczyznami weekendy, a potem o wszystkim opowiadały swoim przyszłym mężom. Ci nie tylko im wybaczali, lecz także twierdzili, że nie ma o czym mówić, a odrobina doświadczenia przyda się każdej dziewczynie.

Franklin P. Adams, nowojorski felietonista, pisze z ironią w prywatnym dzienniku:

"Poszedłem do Harolda Rossa na karty. Miałem sporo szczęścia. I potem, około piątej, dotarłem do domu. W sypialni zobaczyłem prezent od żony: komplet piżam z naszytymi inicjałami. Muszę jej powiedzieć, że to świetny pomysł. Jak będzie miała w łóżku tuzin facetów – łatwiej jej będzie mnie odnaleźć".

DOSTĘP PREMIUM