Przemoc w świecie teatru. "Ogromną wartością jest to, że kobiety zaczęły mówić i to zaczęły mówić głośno"

- Wydaje się, że tematy mobbingu i przemocy seksualnej zdominowały dyskurs teatralny i teatrologiczny w ostatnim roku - mówiła w "Kulturze Osobistej" dr Monika Kwaśniewska-Mikuła, akademiczka i badaczka teatru. Jak dodała, ważne jest to, że kobiety zaczęły głośno mówić o tych sprawach i że media zaczęły je też inaczej nazywać.
Zobacz wideo

W świątecznym wydaniu "Kultury Osobistej" Marta Perchuć-Burzyńska wraz ze swoimi rozmówczyniami - Joanną Szczepkowską, dr Moniką Kwaśniewską-Mikułą oraz Jolantą Janiczak podsumowywały to, co wydarzyło się w 2020 roku w świecie kultury - głównie teatru. Część dyskusji dotyczyła wydarzeń, które miały miejsce w Teatrze Bagatela.

Przypomnijmy krótko, pod koniec 2019 roku grupa kobiet (m.in. aktorek teatru) oskarżyła ówczesnego dyrektora Henryka Jacka S. o molestowanie i mobbing. Ruszyło śledztwo, w efekcie którego S. usłyszał zarzuty nakłaniania kobiet do poddania się czynności seksualnej oraz łamania praw pracowniczych.  

- Wydaje się, że te tematy rzeczywiście zdominowały dyskurs teatralny i teatrologiczny w ostatnim roku - powiedziała w "Kulturze Osobistej" dr Kwaśniewska-Mikuła, akademiczka i badaczka teatru. - Jeśli chodzi o Teatr Bagatela, to trudno się słucha i czyta tych świadectw. Natomiast ogromną wartością jest to, że kobiety zaczęły mówić i to zaczęły mówić głośno - dodała.

Zwróciła uwagę, że również w mediach inaczej zaczęto komentować zjawiska związane m.in. z przemocą na tle seksualnym i jej ujawnianiem. Nie mówi się już raczej o tym w kategoriach "skandalu seksualnego", co - zdaniem gościnii TOK FM - "ustawiało tę sprawę nie w polu realnego problemu systemowego, ale raczej pewnego ewenementu". 

"Reżyser u mnie przegrał"

Prowadząca audycję zastanawiała się, dlaczego takie rzeczy wychodzą na światło dzienne dopiero teraz, skoro mają miejsce od wielu lat. Sama Joanna Szczepkowska wspominała początki kariery zawodowej i przyznała, że nieraz doświadczała tego problemu. 

- Kiedy byłam na czwartym roku szkoły teatralnej, dostałam zaproszenie na zdjęcia próbne w Łodzi. (...) Kamera zatrzymała się i wtedy pobiegł do mnie reżyser i z radości, że wszystko tak bardzo mu się podobało, chwycił mnie za piersi. W tym momencie, przepraszam za mocne słowa, ale dostał w pysk - wspominała Szczepkowska. - To był odruch. Wyszłam z tego studia. Wróciłam do Warszawy. Dostałam natychmiast telefon, że cała wytwórnia mówi, jaka jestem fantastyczna, że reżyser jest zachwycony i że wygrałam te zdjęcia. Ja wtedy z kolei powiedziałam, że reżyser u mnie przegrał - dopowiedziała. 

Zaznaczyła też, że podobnych sytuacji mobbingowych i przemocowych, w których - ryzykując swoją karierę - mówiła "nie", miała mnóstwo. 

Szczepkowska w kwietniu 2010 roku została wybrana na prezeskę Związku Artystów Scen Polskich (jako pierwsza kobieta na tym stanowisku). Redaktor Perchuć-Burzyńska dopytywała, czy w tamtym czasie zgłaszały się do niej ofiary przemocy i czy taki temat w ogóle istniał w środowisku artystycznym.

- Zostałam tym prezesem tylko z powodu przejmującego listu aktorek teatru lalkowego w Łodzi na temat przemocy seksualnej tamtejszego dyrektora. Żeby to wszystko załatwić, formalnie w końcu się na tą dość meczącą pozycję zdecydowałam - wspominała aktorka. Jak dodała, walczyła o to, by pomóc tym kobietom - szukała prawników, próbowała zainteresować sprawą media. Skończyło się jednak tak, że "dziewczyny się powycofywały ze względu na małżeństwa, publikowanie tego i tak dalej". - Natomiast ten dyrektor zagroził mi konsekwencjami, bardzo ostrymi - dodała.

Szczepkowska zwróciła uwagę na jeszcze jeden aspekt tej sprawy. Wskazywała, że wbrew temu, co być może wiele osób myśli, problem przemocy czy mobbingu nie dotyczy jedynie środowisk konserwatywnych i prawicowych. - To jest naprawdę szersza sprawa - stwierdziła.

Prowadząca audycję zastanawiała się, dlaczego hasło #metoo dotarło do Polski, ale za specjalnie się tu jednak nie przyjęło. Psycholożka i dramatopisarka Jolanta Janiczak odparła, że wynika to między innymi z faktu, iż osoby - zwłaszcza młode - doświadczające takich sytuacji "nie mają siły", by o tym opowiedzieć, wstydzą się, a "od starszych koleżanek często słyszą teksty w stylu 'ja bym sobie nie pozwoliła'".

- Nie każda osoba ma tak silną osobowość, by móc postawić granice - powiedziała. Zwłaszcza, że - jak dodała - agentki często mówią młodym aktorkom wprost, że jeżeli zaczną mówić o tych sprawach publicznie, to nigdy nie dostaną żadnej roli. - Powinien być powołany jakiś urząd, by te prawa w związku z naruszeniem cudzej przestrzeni przestrzegać i wyciągać konsekwencje - przekonywała.

 

DOSTĘP PREMIUM