Czy w Polsce przydałoby się Ministerstwo Dobrego Jedzenia? "Mogłoby ogłaszać rok ziemniaka albo kaszy gryczanej"

Czy potrzebujemy w Polsce Ministerstwa Dobrego Jedzenia? O konieczności edukacji i promocji polskiej kuchni m.in. dzięki nadawaniu naszym produktom certfikatów unijnych Paulina Nawrocka-Olejniczak rozmawiała z dr Magdaleną Tomaszewską-Bolałek.

Według rozmówczyni TOK FM każdy z nas jest ambasadorem polskiej kuchni. - Jeśli przyjeżdżają do nas znajomi z zagranicy i zabieramy ich na dobre polskie jedzenie, opowiadamy historie związane z tym jedzeniem, to stajemy się ambasadorami naszej kultury kulinarnej - podkreślała.

Ekspertka ubolewała nad znikomą edukacją na temat kultury kulinarnej w Polsce, która sprowadza się do zrobienia kanapek czy sałatki w szkole na zajęciach praktycznych i wspomnieniu na historii o królowej Bonie, która sprowadziła do Polski włoszczyznę.

Dr Magdalena Tomaszewska-Bolałek wyjaśniała, dlaczego łatwiej w Polsce kupić fetę czy mozzarellę z unijnym oznaczeniem niż polskie produkty certyfikowane. - To się wiąże ze świadomością konsumenta. My niestety bardzo mało wiemy o naszych polskich produktach i dziedzictwie kulinarnym, o tym, co jemy i dlaczego - mówiła.

- W Japonii, będąc w każdym regionie, bardzo szybko dowiemy się , co jest regionalnym produktem, u nas większość osób zapytana, co się je w ich regionie, miałaby problem z odpowiedzią - mówiła Tomaszewska-Bolałek, która specjalizuje się również w kuchni azjatyckiej.

Rozmówczyni TOK FM podała przykład ankiety, w której ludzie pytani o to, co jedli dawni Polacy, odpowiadali, że ziemniaki. Podkreśliła, że z naszej kulinarnej nieświadomości wynika brak wiedzy, że ziemniaki zaczęliśmy jeść długo po odkryciu Ameryki przez Kolumba. - Żyjemy w przeświadczeniu, że od czasów prasłowiańskich mamy pełną michę ziemniaków okraszonych skwarkami - mówiła ekspertka.

Ekspertka wskazywała na potrzebę działania instytucji, która wskazywałaby kierunki promocji i działań dotyczących polskiej kuchni. - Narzucałaby pewien ton, że na przykład jest rok buraka, ziemniaka  kaszy gryczanej. Takie ministerstwo dobrego jedzenia. 

Certyfikowane rogale świętomarcińskie tylko na margarynie

Ekspertka opowiadała m.in. o certyfikatach unijnych dotyczących tradycyjnych produktów, które mają za zadanie promować i wspierać wyroby regionalne. - W założeniu są to rzeczy wyjątkowe, smaczne, unikatowe, jakościowe. Ale w tej beczce miodu jest łyżka dziegciu i pewne kontrowersje, jakie ten certyfikat wzbudza. Najbardziej znamienitym przykładem z polskiego podwórka jest rogal świętomarciński, poznański certyfikowany przysmak, który w składzie ma margarynę, o której przed wiekami, gdy wypiekano rogale, nikt nie słyszał - opowiadała dr Magdalena Tomaszewska-Bolałek.

Jako ciekawostkę ekspertka opowiadała, że jeden z pierwszych przepisów na margarynę opracowano w 1869 roku w ramach konkursu ogłoszonego przez Napoleona III na poszukiwanie taniego zamiennika masła.

Gościni audycji "Jadłospis" wyjaśniała, że cukiernikom, którzy starali się o certyfikat, zależało, żeby te produkty były tańsze, dlatego na listę składników wpisali margarynę, masę jajeczną, które są tańsze od masła czy świeżych jajek.

- Co chcemy promować? Czy ma być to promocja czegoś wartościowego, czegoś, co zostało stworzone przed wiekami, czy chodzi nam o to, żeby mieć certyfikat i go sobie przylepić na szybę albo na rogala i pokazywać, że produkt niby jest dobry - mówiła Tomaszewska-Bolałek., dodając, że paradoksem jest to, że jeśli ktoś chce robić rogala na maśle, z naturalnymi aromatami, ze świeżymi jajkami, nie może nazwać swojego produktu certyfikowanym rogalem świętomarcińskim.

- W Polsce dominującym kryterium jest cena, ale też coraz częściej myślimy o stosunku ceny do jakości, więc to się powoli zmienia. Rośnie świadomość konsumencka, rozwija się nurt ekologiczny, zero waste, nurt związany ze spożywaniem mniejszej ilości jedzenia, ale lepszego jakościowo i to jest przyszłość - mówiła ekspertka.

DOSTĘP PREMIUM