Dlaczego warto obejrzeć wystawę "Różne spojrzenia" w Muzeum Narodowym? 5 powodów [materiały partnera]

Jednym z najważniejszych wydarzeń kulturalnych powracających po trzeciej fali pandemii jest wystawa "Różne spojrzenia" w Muzeum Narodowym w Warszawie. To wyjątkowa okazja, by poznać obrazy XVII-wiecznych mistrzów holenderskich i flamandzkich, pochodzące z kolekcji malarstwa ERGO Hestii. Istnieje co najmniej pięć powodów, dla których warto zobaczyć tę ekspozycję gromadzącą blisko 60 dzieł i poświęcić im czas i uwagę, by w skupieniu delektować się zgromadzonymi tutaj pracami.

Powód pierwszy: wyjątkowość wydarzenia

Ta wystawa wyjątkowa jest podwójnie. Przede wszystkim dlatego, że kolekcja Ergo Hestii nigdy wcześniej nie była publicznie pokazywana. Po drugie zaś jest to kolekcja bezprecedensowa w naszym kraju. W XX wieku zbieranie sztuki stało się bardzo modne. Poświęcali się mu i nadal poświęcają na całym świecie zarówno bardzo bogaci ludzie, jak i przeróżne firmy i korporacje. Co jednak ciekawe, niemal wszystkie te zbiory budowane są z dzieł nie starszych niż francuski impresjonizm. Niepubliczne kolekcje malarstwa dawnego z reguły mają też stare, arystokratyczne pochodzenie, by wspomnieć choćby te spod szyldu Casa de Alba, Duke of Sutherland czy familii Liechtenstein. W ostatnich dekadach na świecie powstała praktycznie tylko jedna znacząca tego typu prywatna kolekcja: małżeństwa Kaplanów gromadzącego XVII-wieczne malarstwo lejdejskie. Ergo Hestia koncentrując się na sztuce flamandzkiej i holenderskiej XVII wieku, w skali kraju stworzyła więc kolekcjonerski precedens, zaś w skali światowej dołączyła do grona wąskiego i elitarnego.

Powód drugi: smakowanie dobrej sztuki

W wyśmienitym zbiorze esejów „Barbarzyńca w ogrodzie" Zbigniew Herbert pisał, że w XVII wieku Holendrzy szczycili się czterema rzeczami: najpotężniejszą flotą, słodyczą wolności po uwolnieniu z hiszpańskiego jarzma, paroma setkami odmian tulipana oraz…. sztuką malarską. Nic więc dziwnego, że epoka wydała kilku geniuszy, jak Rembrandt van Rijn czy Jan Vermeer. Ale istotne jest to, że średni poziom warsztatowy czołowych kilkudziesięciu, a może i ponad setki twórców był niewiarygodnie wysoki. Choć więc na wystawie brakuje tych powszechnie ekscytujących publiczność kilku słynnych nazwisk, to jakość artystyczna zaprezentowanych dzieł jest bardzo wysoka. Co ciekawe, w tamtych czasach malarstwo niderlandzkie pozostawało w cieniu włoskiego, uchodzącego za wzór do naśladowania, zaś artyści malujący w italianistycznej manierze uzyskiwali za swe dzieła dużo wyższe ceny aniżeli ci, którzy byli zwolennikami surowej, protestanckiej sztuki.

Z perspektywy kilku wieków widzimy, jak bardzo się ta ocena zmieniła. Przystańmy przed pokazywaną na wystawie martwą naturą Willema Cleasza Hedy, by zachwycić się efektem „jak żywe" lub przed wizerunkiem młodego Izmaela na obrazie Berenta Fabritiusa, by doświadczyć potęgi psychologicznej głębi. Takie wskazania można by zresztą mnożyć, ale lepiej, gdy każdy na własny użytek odkryje w zebranych na wystawie pracach ów kunszt XVII-wiecznych mistrzów.

Powód trzeci: bogactwo spojrzeń

W „Społecznej historii sztuki i literatury" Arnold Hauser pisał, że w drugiej połowie XVI wieku w samej tylko Antwerpii zarejestrowanych było 300 mistrzów malarstwa i grafiki, podczas gdy rzeźników było w całym mieście tylko 78. Wiek XVII przyniósł w Niderlandach jeszcze większą artystyczną konkurencję i trzeba było naprawdę mocno się starać, by przetrwać w zawodzie. Dlatego w cenie była również pomysłowość, która w praktyce oznaczała znalezienie sobie malarskiej niszy i osiągnięcie w niej mistrzostwa. Oczywiście bywały tzw. specjalizacje szerokie, jak martwa natura, portret, pejzaż czy sceny obyczajowe lub religijne. I kilku takich mistrzów gatunku mamy na wystawie, wystarczy wspomnieć twórców niezrównanych scenek rodzajowych Gabriela Metsu i Davida Teniersa Mł. czy doskonałego marynistę Jana Porcelisa. Niekiedy owa specjalizacja szła dużo dalej. I tak historia zapamiętała np. Paulusa Pottera dzięki jego niezrównanym wizerunkom zwierząt gospodarskich, szczególnie krów. Jego pracy wprawdzie na wystawie brakuje, ale podziwiać można kilku innych tego typu świetnych specjalistów, jak Hendrick van Vliet i Peter Saenredam (puste wnętrza kościołów), Isaac van Ostade (zimowe pejzaże ze szczególną słabością do zamarzniętych tafli rzek i kanałów), Meindert Hobbema (drzewa i lasy) czy Jan van Goyen (chmury). Ale zdarzają się i niespodzianki. Jan Steen, który zasłynął hulaszczymi scenkami, tym razem jawi się jako autor wyciszonej, kontemplacyjnej „Ucieczki do Egiptu".

Powód czwarty: spotkanie z epoką

Fotografia pojawiła się w życiu ludzi dopiero w XIX wieku. Wcześniej świadectwem epok pozostawała sztuka, a przede wszystkim malarstwo. Często było to świadectwo zwodnicze, nazbyt upiększone lub selektywne. Wszak utrwalano na obrazach przede wszystkim rzeczy piękne, na które było zapotrzebowanie . Praktycznie pierwszy potężny wyłom nastąpił właśnie w holenderskim malarstwie XVII wieku. Przynależało ono wprawdzie do epoki baroku, ale jakże różniło się od jego wersji powstających w innych krajach. Zamiast tematyki dewocyjnej i biblijnej - martwe natury, portrety, pejzaże miejskie i wiejskie, sceny rodzajowe. Zamiast burzliwej zmysłowości, przesady i ekspresji - uważne odtwarzanie świata obserwowanego: uliczek, wystroju wnętrz, ubrań, domowych sprzętów, statków, karczm, wiatraków. Wierność w utrwalaniu detali, troska o psychologiczną wiarygodność bohaterów, uważna obserwacja zachowań i obyczajów, ale też ludzkich przywar i słabości. Tak, malarstwo pokazywane na wystawie jest zdecydowanie zwierciadłem, w którym przegląda się epoka i jej ludzie. A że były to czasy ciekawe, więc i obrazy posiadają tę cudowną moc opowiadania fascynujących opowieści.

Powód piąty (dla wytrwałych): podróż w głąb sztuki

A jeśli komuś będzie mało tych intelektualnych i emocjonalnych wrażeń, to proponujemy dalsze zgłębianie sekretów, jakie kryje zgromadzone na wystawie malarstwo. Tropów jest wiele. Można analizować je przez pryzmat gustów mieszczaństwa, które było główną klientelą artystów. Można zgłębić tajemnice tenebryzmu czyli światłocienia, który wprawdzie zapoczątkował we Włoszech Caravaggio, ale niderlandzcy świetnie zaadoptowali, czego przykładem choćby prezentowane w stolicy obrazy Jodocusa van Hamme, Abrahama van Dijcka czy wspomnianego już Barenta Fabritiusa. Ale zapewne najbardziej intrygujące jest wędrowanie tropem symboli i alegorii. Jest ich w malarstwie holenderskim i flamandzkim co niemiara i pojawiają się na różnym poziomie. Czasami o ich rozszyfrowanie jest łatwo, jak w obrazie Simona de Vosa ukazującym trzy etapy z życia mężczyzny czy pracy Jana Mickera wskazującego drogę prowadzącą ku cnocie. Czasami jednak jest trudniej, jak w martwych naturach, gdzie poszczególne przedmioty, owady, owoce czy kwiaty niosą ukryte przesłanie, którego symboliki nie da się rozszyfrować bez odpowiedniej wiedzy. To taka trochę detektywistyczna zabawa, ale warta wysiłku. A kolekcja Ergo Hestii stwarza dla niej świetne warunki.

Miłośnicy kultowego filmu „Rejs" zapewne świetnie pamiętają monolog Filozofa, który zaczynał się od słów „Malarze holenderscy malowali ludzi starych i pokurczonych. Nie ukrywali brzydoty swoich modeli, ale pokazywali ich piękno". Wystawa uświadamia, że piękno dostrzegali także w wielu innych miejscach, tworząc unikalne w historii sztuki artystyczne uniwersum. 

Autor: Piotr Sarzyński

Wystawę "Różne spojrzenia. Malarstwo holenderskie i flamandzkie z Kolekcji ERGO Hestii" można oglądać w Muzeum Narodowym w Warszawie od 7 maja do 25 lipca 2021.

DOSTĘP PREMIUM