Najpierw COVID-19 teraz Polski Ład. "Kumulacja" nieszczęść. "Specjaliści nie będą chcieli pracować w Polsce"

- Branże wychodzą z kryzysu, z pandemii. Zamiast dostać ulgi podatkowe, jakieś wsparcie, żeby mogły odrobić te straty, dostają dodatkowe opodatkowanie - mówił w TOK FM Mikołaj Ziółkowski, szef AlterArtu i prezes Stowarzyszenia Organizatorów Imprez Artystycznych i Rozrywkowych.
Zobacz wideo

Mikołaj Ziółkowski ocenił w TOK FM, że w podnosząca się z kolan po pandemii branże eventową teraz uderzył jeszcze tzw. Polski Ład PiS. Ma to związek z tym, że większość pracujących w niej osób prowadzi jednoosobową działalność gospodarczą. - Taka jest specyfika tej pracy. Osoby, które pracują na festiwalach, wydarzeniach, koncertach, zajmują się tym często w nieregularnych godzinach albo wtedy kiedy jest sezon. W związku z tym cały świat naszych aktywności jest w dużym stopniu oparty na kontraktach, menadżerach, na mikroprzedsiębiorstwach. Ale też to jest jego siła, dzięki temu to funkcjonuje - mówił w rozmowie z Kamilem Wróblewskim.

Jak wyjaśnił, Polski Ład zwiększa opodatkowanie branży, co przełoży się na wzrost kosztów. Wskazał, że to rozwiązania niekorzystne dla większości pracowników i współpracowników branży eventowej. Zaznaczył, że wysokie opodatkowanie w Polsce może doprowadzić do tego, że poszukiwani specjaliści techniczni jak np. akustycy, oświetleniowcy, nie będą chcieli pracować w Polsce. Bo mogą po prostu wybrać pracę przy "koncercie czy festiwalu w Londynie, czy Berlinie".

Jako najgorszy wskazał fakt, że doszło do "kumulacji" negatywnych czynników. - Branże wychodzą z kryzysu, z pandemii. Zamiast dostać ulgi podatkowe, jakieś wsparcie, żeby mogły odrobić te straty, które były charakterystyczne dla ostatnich dwóch lat, to dostają dodatkowe opodatkowanie - podkreślił.

- Efekt jest taki, że poza wzrostami kosztów, które się dzieją z powodu postpandemii, z powodu odpływu pracowników, zmian w łańcuchach dostaw i innych czynników - jak wzrost kosztów energii, paliw - jeszcze dostajemy większy podatek - podsumował Mikołaj Ziółkowski.

"To co najgorsze w Polsce"

Szef AlterArtu recenzował też postawę polityków wobec pandemii. - Te ostatnie dwa lata pokazały wszystko, co najgorsze w Polsce. Dlatego jestem głęboko smutny - przyznał Mikołaj Ziółkowski w rozmowie z Kamilem Wróblewskim. Szef AlterArtu wrócił do tego, jak rządzący próbowali przeprowadzić przez Sejm kolejny projekt przepisów covidowych. Ostatecznie ustawa "lex Kaczyński" padła, zagłosowali przeciwko niej także członkowie Zjednoczonej Prawicy.

- Reprezentując branżę zamkniętą (przez większość trwania pandemii - red.), jako organizator imprez na dziesiątki tysięcy osób, nie mogę pojąć tej dezorganizacji państwa. Myślę, że te ostatnie kilka dni w Sejmie, absurdalne ustawy, które niczego nie wnoszą, strach przed wprowadzeniem elementarnych zasad, które funkcjonują w większości krajów europejskich, jest podsumowaniem tego, co się wydarzyło przez ostatnie dwa lata. Odpuściliśmy podstawowe wartości, na rzecz partykularnych interesów politycznych - ocenił gość audycji "Między słowami".

"Nie zdaliśmy egzaminu"

Prezes Stowarzyszenia Organizatorów Imprez Artystycznych i Rozrywkowych uważa, że w czasie pandemii koronawirusa, polskie państwo poległo na wszystkich możliwych obszarach. Jesteśmy w czołówce państw, pod względem zgonów związanych z COVID-19.  - To nie jest coś, co można wymazać świetnym spotem. To pokazało, jakim jesteśmy krajem, jakim jesteśmy państwem i jakim jesteśmy narodem. I nie zdaliśmy tego egzaminu - mówił gorzko Ziółkowski. Argumentował, że w Polsce nie udało się "przeprowadzić procesu empatii, że tworzymy wspólnotę i dbamy o siebie w trudnym czasie". Ale nie udało się też zdać egzaminu z funkcjonowania państwa w czasie kryzysu. - Wychodzimy z tej pandemii strasznie pokiereszowani - ocenił. 

Gość TOK FM podkreślił, że w Polsce, jeśli nawet wprowadzano pewne rozwiązania, to albo one były "dość absurdalne, albo nieegzekwowane". Sam jest zwolennikiem egzekwowania paszportów covidowych, co robione jest od dawna np. w większości krajów Zachodu. A u nas sprawę oddaje się "w ręce" właścicielom firm, bo państwo nie wprowadza twardych regulacji. 

DOSTĘP PREMIUM