Oszust z Tindera. Dlaczego nikt wcześniej nie sprawdził Simona Levieva?

Słynny oszust z Tindera miał wyłudzić od osób z całego świata 10 mln dolarów. Jak to możliwe, że przez dłuższy czas nikt bliżej nie sprawdził, kim naprawdę jest człowiek podający się za milionera Simona Levieva? Według Tomasza Stawiszyńskiego to jedno z najciekawszych pytań w tej historii.
Zobacz wideo

Dokument wydany na platformie Netflix pt. "Oszust z Tindera" to historia człowieka przedstawiającego się jako Simon Leviev i podającego się m.in. za syna "króla diamentów", milionera Lwa Levieva. Bohaterkami filmu są trzy kobiety, które oszust przekonał, że opływa w bogactwa, kocha je i chce spędzić z nimi życie.

Leviev stworzył w mediach społecznościowych profil człowieka opływającego w luksusy. Kobiety poznawał na Tinderze, zapraszał na zagraniczne wakacje czy pokład prywatnego odrzutowca. Tygodniami zdobywał zaufanie rzekomych wybranek swojego serca. Następnie przekonywał je, że - jako syn milionera oraz osoba niezwykle majętna - ma niestety wrogów, którzy czyhają na jego życie. W pewnym momencie udawał więc, że pilnie potrzebuje gotówki. Zakochane w nim kobiety nie wahały się mu pomóc. Niektóre zaciągnęły długi, by tylko ratować ukochanego. Szacuje się, że w ten sposób oszust wyłudził - głównie od kobiet z całego świata - około 10 mln dolarów. 

Oszust z Tindera. Dlaczego nikt nie powiedział "sprawdzam"?

Jak mówił w Kwadransie Filozofa Tomasz Stawiszyński Simon Leviev zbudował swoją pozycję "nie tylko na wytwarzaniu rozmaitych wrażeń, ale także na skomplikowanej strukturze kłamstw, na piramidzie nieprawdziwych tożsamości i fałszów, które - co było do przewidzenia zwłaszcza w czasach, kiedy w sieci nic nie ginie - prędzej czy później musiały zapaść się pod własnym ciężarem".

Jak to jednak możliwe, że przez dłuższy czas nikt bliżej nie sprawdził, kim naprawdę jest człowiek podający się za Simona Levieva? Według Tomasza Stawiszyńskiego to jedno z najciekawszych pytań w tej historii. 

- Wydaje się, że takie postacie w jakimś sensie są papierkiem lakmusowymi współczesnej, a właściwie każdej ludzkiej kultury, no bo przecież tacy ludzie zdarzali się zawsze. (...) Takie postacie doskonale rozumieją (...), że ludzki świat jest w ogromnym stopniu specyficznym teatrem: zestawem gestów, póz i rytuałów. I że właśnie ta zewnętrzna, wierzchnia warstwa odgrywa w nim niebywale istotną rolę - stwierdził.

Oszust z Tindera. Kto zarabiał na Simonie Lievivie?

Według filozofa "istota sprawy polega na tym, że żeby ci, którzy zarabiają, wyłącznie wytwarzając wrażenie jakichś kompetencji, mogli to bez żadnych przeszkód robić, to na nich również musi ktoś zarabiać". -Tego właśnie - jak sądzę - w swojej kalkulacji Levive nie uwzględnił i starał się w pole wywieść wszystkich wyłącznie dla własnej korzyści. Tego zaś - nie będąc realnym miliarderem - po prostu nie da się zrobić. Muszą być konsekwencje - podkreślił Stawiszyński.

Jego zdaniem na tych "tysiącach Simonów Levive' ów codziennie wyprowadzających w pole miliony followersów" zarabiają przede wszystkim wielkie korporacje, które utrzymują media społecznościowe.
- Bo one skutecznie monetyzują uwagę użytkowników i użytkowniczek. A ponieważ na tym to właśnie dzisiaj polega, że uwaga jest najdoskonalej monetyzującym się towarem, to trudno się dziwić, że istnieje tak rozległa kasta ludzi wyspecjalizowanych właśnie i tylko i wyłącznie w przyciąganiu uwagi - mówił.

- No ale cóż, dopóki na tym właśnie, że oni uwagę cudzą przyciągają, zarabiają wielkie platformy, które czerpią z tego ogromne korzyści, dopóty nikt tym wszystkim Simonom Levivom, Ripleyom i Dyzmom, których jest pełno dookoła, którzy cieszą się ogromnym społecznym poparciem, nie powie: sprawdzam. Niestety - podsumował Tomasz Stawiszyński. 

DOSTĘP PREMIUM