"Szalone serce": Życie jak w country songu

Po pięciu nominacjach do Oskara Jeff Bridges ustrzelił w końcu statuetkę. Jego kreacja w "Szalonym sercu", to faktycznie główny magnes, który powinien przyciągnąć do kina zwolenników jego talentu, a także fanów muzyki country. To opowieść o trudach życia, jakby sfilmowany tekst co drugiej piosenki tego iście amerykańskiego stylu. Film od weekendu do zobaczenia w polskich kinach.

Do tej pory wielki przegrany (trzy razy był nominowany także do "Złotego Globu", którego również w tym roku otrzymał) przełamał w końcu złą passę. Jeff Bridges, który chyba najlepiej wypadł jako Jeffrey Lebowski w filmie braci Coen, musiał dostać do zagrania postać mocną i charakterystyczną, by znów przypomnieć o swoim nietuzinkowym talencie. Tak stało się, kiedy Scott Cooper powierzył mu rolę Bada Blake'a, piosenkarza country, który najlepsze lata ma już za sobą.

Bad, kiedyś na prostej do bycia świetnym muzykiem, teraz znajduje się na pochyłej drodze do utopienia nie tylko swej kariery, ale także życia, w kolejnej szklaneczce whisky. Przemierza południowe stany, gdzie jeszcze w zapadłych dziurach jego pseudonim wciąż komuś coś mówi. Na jego recitale w pubach i kręgielniach przychodzi garstka słuchaczy w słusznym wieku. Bad, który ledwo trzyma się przed nimi na nogach, wie, że osiągnął właśnie dno swej muzycznej drogi. Zatem, by zapomnieć, pije jeszcze więcej.

A przecież było inaczej. Kiedyś to on świecił przykładem niejakiemu Tommy'emu Sweetowi (Colin Farrell), który nie popełnił błędu nauczyciela i dziś zapełnia koncertowe hale. Ale Bad poważną karierę nazywał sprzedawaniu się komercji, więc jako jeden z "original country" muzyków woli, jak to samo określa, być wolny. To jednak tylko takie gadanie.

Kto to mu uzmysłowi? Oczywiście kobieta i klasyczny miłosny wstrząs. Pewnego razu Bad poznaje sporo od siebie młodszą dziennikarkę muzyczną (Maggie Gyllenhaal), w której powoli zakochuje się, widząc w tym akcie także szansę na wydostanie się z dołka. Problem w tym, że ona zna tylko jego teksty i legendę, stąd desperacka próba kończy się dla obojga szybkim fiaskiem, kiedy, ta poznaje prawdziwego Bada, a ten sięga po drinka wtedy, kiedy nie powinien.

Teraz scenarzysta miał do wyboru. Dramat czy zaledwie melodramat z happy endem. Wybrał to drugie, dzięki czemu nie wychodzimy z kina zmaglowani jak, daleko nie szukając, po zeszłorocznym "Zapaśniku". Nie zdradzając do końca szczegółów powiedzmy tylko, że życie Badowi w końcu się ułoży i, jak to w piosence (zwłaszcza country) pozostawi nas z lekką otuchą w sercu, która pozwoli nam opuścić kinowy fotel lekkim krokiem. Oczywiście z odpowiednią nutą gitary i teksańskiego zaśpiewu w tle, kiedy na ekranie dominują już napisy końcowe.

Ten, który zwykł czytać je do końca, a ma też dobre oko, wyłowi nazwisko Robert Duvalla, który pojawia się przez chwilę na ekranie. Aktor, a teraz i producent filmu, przed ćwierć wiekiem zagrał podobną postać w filmie "Pod czułą kontrolą" i też dostał za nią Oskara. Zaskakująca, ale jakże szczęśliwa dla obu historia z happy enden. Jak to w piosence country.

DOSTĘP PREMIUM