Odszedł Ronnie James Dio, jeden z "bogów heavy metalu"

Nazywano go jednym z bogów heavy-metalu, był jedną z jego najbarwniejszych postaci. To dzięki niemu fani na całym świecie pokazują słynny gest "diabełka", to on podjął wyzwanie zastąpienia samego Ozzy'ego w Black Sabbath i wreszcie dzięki niemu mamy takie przeboje jak "Long live rock'n'roll", "Dream Evil" czy "Holy Diver". Niestety następnych już nie będzie. Szesnastego maja, w wieku 67 lat zmarła legenda rocka, Ronnie James Dio.

Mafia, trąbka i elektryczne elfy

Pochodził z miasteczka Portsmouth w stanie New Hampshire, z rodziny o włoskich korzeniach. Wraz z bliskimi przeniósł się do Cortland w stanie Nowy Jork, gdzie do dziś jest ulica nazwana imieniem wokalisty - Dio Way. Swoje pierwsze muzyczne kroki stawiał będąc... trębaczem. Potem próbował także sił na gitarze basowej by wreszcie stanąć za mikrofonem w zespołach Ronnie and the Rumblers, The Vegas Kings oraz Ronnie and the Red Caps. To właśnie z ostatnim z tych składów udało mu się wydać pierwsze single. Wśród nich na siedmiocalowym krążku winylowym znalazła się między innymi piosenka "An angel is missing".

Wśród utworów zarejestrowanych przez zespół była także kompozycja instrumentalna, gdzie Ronald James Padavona (to jego prawdziwe nazwisko) grał na trąbce. To była końcówka lat pięćdziesiątych. Kilka lat później skład zmieni nazwę na The Prophets, a sam wokalista od 1961 roku zacznie używać nazwiska Dio. Przydomek ten przyjął od włoskiego gangstera żyjącego w latach 1914-1979, który wsławił się udziałem w ataku na dziennikarza, Victora Riesela, który w wyniku poparzenia kwasem stracił wzrok. Ronnie Dio and the Prophets nagrali kilka singli, potem znów zmienili nazwę na The Electric Elves by wreszcie zakończyć działalność.

Zobacz jak Dio śpiewał z The Prophets...

... a jak z The Electric Elves.

Ten zespół także wpisał się do historii rocka, ale dopiero pod nazwą Elf. Pod tym szyldem Dio wraz z towarzyszącymi mu instrumentalistami otwierali koncerty Deep Purple na początku lat siedemdziesiątych. W tej kolejnej odsłonie zespół zmienił też dość znacznie swoje podejście do muzyki. Wesołe i przebojowe rockabilly zastąpił ostrzejszy blues rock, w którym Ronnie (jak wyraźnie słychać) czuł się o wiele lepiej.

To właśnie wtedy niespotykaną siłę głosu wokalisty zauważył Ritchie Blackmore, lider i gitarzysta "purpurowych". Ich późniejsza współpraca będzie zwrotnym punktem w karierze Dio i pozwoli mu wreszcie rozwinąć skrzydła (te czarne i błoniaste oczywiście). Muzycy połączą swe siły w zespole Rainbow.

Niech żyje rock'n'roll!

Był rok 1975, poróżniony z resztą Deep Purple gitarzysta Ritchie Blackmore po nagraniu albumu "Stormbringer" odchodzi ze składu. Nie traci jednak czasu i wraz z muzykami z Elf i ich wokalistą zakłada Rainbow. Brzmienie zespołu przypomina to co znany z takich albumów "purpurowych" jak "Machine Head" czy "In rock", a więc mocne rockowe granie z wspaniałym dialogiem gitary i klawiszy, nad którymi dominuje mocny jak nigdy wcześniej głos Dio. Wokalista w Rainbow spędzi zaledwie cztery lata, ale w tym czasie powstaną cztery świetne albumy. Na ostatnim z nich znalazł się przebój, który zapewnił grupie nieśmiertelność, hymn wszystkich miłośników rocka - Long Live Rock'n'roll.

Pod koniec lat siedemdziesiątych Blackmore chciał by Rainbow zmierzało w stronę komercyjnego grania. Wcześniej gitarzysta zwolnił wszystkich członków zespołu pozostawiając jedynie Dio w szeregach. Zmieniły się także tematy piosenek. Do tej pory Rainbow to opowieści ze świata średniowiecza, okraszone fantastyką z rodzaju "magii i miecza" (będzie to zawsze jeden z ulubionych tematów Dio), teraz jednak i to miało się zmienić. Ta zmiana to dla Dio było stanowczo za wiele, dlatego zdecydował się opuścić zespół. Znany na scenie wokalista nie musiał martwić się o brak angażu i niedługo potem dołączył do uznanego już wtedy za legendę, choć znajdującego się w wyraźnym kryzysie Black Sabbath.

Piekło, niebo i znak diabła

Black Sabbath pod koniec lat siedemdziesiątych był wewnętrznie skonfliktowanym zespołem, w którym bój toczyły dwie silne osobowości: gitarzysta Tony Iommi i charyzmatyczny wokalista Ozzy Osbourne. Od dłuższego czasu członkowie kapeli zmagali się także z alkoholem i narkotykami, które przez wcześniejsze lata działalności były nieodłącznymi towarzyszami Sabbath'ów. Konflikt wokalisty z gitarzystą w końcu osiągnął punkt zwrotny i miejsce frontmana zostało zwolnione. Wtedy właśnie Iommi zaproponował współpracę Dio, a Ozzy rozpoczął solową karierę (którą kontynuuje do dziś, niedawno wydał singiel zapowiadający nową płytę "Scream"). Ukoronowaniem współpracy Ronniego z nowym składem jest album "Heaven and Hell" z 1980 roku, przez fanów uważany za "najlepszy album bez Ozzyego." Na krążku znalazły się zupełnie inne kompozycje niż dotychczas prezentowane przez zespół. Nowy głos i zmiana stylu okazały się zbawienne dla "Sabbathów", po dwóch niezbyt udanych albumach ("Technical Ecstasy" oraz "Never say die") nowe oblicze zespołu przyciągnęło nowych fanów. Na krążku znalazły się przebojowe rockowe hity ("Lady Evil" i "Die Young"), ale nie zabrakło klasycznych podniosłych riffów Iommiego ("Heaven and Hell", "Children of the sea").

Podczas współpracy z Black Sabbath Dio spopularyzował na scenie znany gest zwany "diabełkiem", "rogami diabła" czy "Corna". W wywiadzie udzielonym na planie filmu "Metal: A Headbanger's Journey" opowiadał jak gestu tego nauczył się od swojej babci, przesądnej starej Włoszki. Dzięki magicznemu gestowi, jak powiadała babcia wokalisty, można było odczynić zły urok, odbić nieprzychylne spojrzenie. Tak więc dziś często mylony z symbolem nowoczesnego satanizmu gest ma zaskakująco pozytywne znaczenie.

Kolejne wspólne krążki Dio z Sabbath'ami to "Mob Rules" i, po długiej przerwie podczas której zastępowali go między innymi Ian Gillian czy Glenn Hughes, potężny i rasowo metalowy "Dehumanizer". W międzyczasie powstanie solowy projekt Ronniego pod nazwą... Dio, z którym wokalista nagra dziesięć bardzo dobrych albumów, w tym "Holy Diver".

Po raz ostatni Dio zejdzie się z muzykami z Black Sabbath w 2006 roku i pod szyldem Heaven and Hell ruszą w trasę koncertową, która także trafiła do Polski, niestety doskonały koncert na warszawskim Torwarze oglądało niewiele osób. Heaven and Hell nagrało tylko jeden album - "The Devil You Know", który ukazał się w zeszłym roku i przyniósł zespołowi doskonałe recenzje zarówno fanów jak i krytyków. Mówiono o tryumfalnym powrocie Sabbath'ów do najlepszej formy i czekano na kolejne albumy.

Przegrana walka...

Niestety kolejnych krążków już nie będzie, Ronnie James Dio zmarł wczoraj na raka żołądka, którym walczył od listopada zeszłego roku. Wokalista zapewniał, że się nie podda i wróci na scenę.

- Mam problemy z jedzeniem, właściwie to nawet nie mam pojęcia co jeść, ale jeśli mam to pokonać muszę trzymać tego w co wierzę i stawiać to wciąż przed sobą - mówił - zrobiliśmy wszystko co trzeba, myślę, że mam przed sobą jeszcze sporo do przeżycia.

Niestety nie udało się, na oficjalnej stronie Dio jego żona Wendy zamieściła oświadczenie w którym czytamy: "Dziś moje serce pękło. Wielu przyjaciół zdążyło się z nim pożegnać zanim w spokoju odszedł. Wiedział jak bardzo był kochany, my też doceniamy wsparcie i miłość, którą nam dawał. Pamiętajcie, że was kochał, wtedy jego muzyka będzie żyć wiecznie."

Na pewno nie zapomnimy.

DOSTĘP PREMIUM