Polskie kino dokumentalne ma się świetnie. Kino zaangażowane? Z tym jest fatalnie...

- Filmy nie zmieniają świata. Jednak ludzie, którzy je oglądają czasem tak. Nasz festiwal specjalizuje się w pokazywaniu filmów zaangażowanych. Niestety polskie kino dokumentalne - choć samo w sobie ma się doskonale - nie jest już kinem zaangażowanym społecznie - mówi w rozmowie z TOK FM Maciej Nowicki, twórca i szef festiwalu "Watch Docs - Prawa człowieka w filmie", który startuje 3 grudnia.

Wszystko o festiwalu na stronie watchdocs.tokfm.pl

- Film dokumentalny w ostatnich latach cieszy się dużą popularnością. W Polsce mamy dwa solidne festiwale, za granicą - jest cała sieć podobnych. Nawet na kilku stacjach w telewizji spotkać można dobry dokument. Skąd to zainteresowanie?

- Renesans popularności filmu dokumentalnego trwa już przynajmniej od dekady. Na pewno przyczynia się do tego rewolucja technologiczna i to, że filmy jest w tej chwili łatwiej kręcić, bo nie jest to już tak drogie. Liczba filmów gwałtownie rośnie. Profesjonalny dokument kosztuje zdecydowanie mniej niż profesjonalna fabuła. Ale to ekonomia. Drugim ważnym argumentem, na który powołują się krytycy, to fakt, że świat stał się mniej oczywisty, niejednoznaczny. Wyraźne kiedyś podziały, choćby zimnowojenne, po upadku komunizmu, po 11 września, zacierają się. Rzeczywistość staje się bardziej dramatyczna niż fikcja. Stąd ludzie interesują się takim opisem, który w odbiorze społecznym jest odbiorem rzeczywistości.

Nie do końca przekonują mnie jednak te argumenty. Świat nigdy nie był jednoznaczny. Dokument jako istotna, artystyczna forma wypowiedzi, to jest coś związanego z kryzysem formy w kinie fabularnym. Natomiast dokument wydaje się być przez swoją świeżość i autentyczność ogromną inspiracją także dla twórców filmu fabularnego. Przykład? Świetnie rozwija się stosunkowo nowy gatunek - mockumentary, czyli fałszywy dokument. To jeden z przykładów wpływu poetyki filmu dokumentalnego na opowiadanie, narrację w filmie jako takim.

- Dokument ma u swego zarania potrzebę nie tylko pokazywania rzeczywistości, ale i wpływania na nią. Szczególnie jeśli mówimy o kinie zaangażowanym społecznie. Czy wciąż powstają filmy, które potrafią coś zmienić?

- Takich filmów jest coraz więcej. Choć muszę zauważyć, że kino jest robione po to, by je oglądać. Filmy generalnie nie zmieniają świata. Jednak ludzie, którzy je oglądają czasem tak. Nasz festiwal specjalizuje się w pokazywaniu filmów, które mają bardzo konkretne przełożenie na rzeczywistość. W tym roku pokażemy na przykład film Any Cacopardo "Czego oczy nie widzą", który jest nakręcony ukrytą kamerą w argentyńskich więzieniach. Odsłania on dramatyczną prawdę na temat skali przemocy, korupcji, bezprawia w tamtejszych więzieniach, w których filmowanie jest zakazane. Ten film był elementem kampanii pokazującej, że instytucje utrzymywane za publiczne pieniądze są wyjęte spod jakiejkolwiek kontroli. Pod wpływem tej kampanii poprawiła się bytowa sytuacja więźniów jak i prawdopodobnie dojdzie do odpowiednich zmian w prawie. Również dostęp ludzi z kamerą do tego typu instytucji ma być większy.

Kolejny przykład, to film meksykański "Winny z założenia" w reżyserii Roberto Hernandeza i Geoffrey'a Smitha, który bezpośrednio doprowadził do wznowienia postępowania sądowego, w którym człowiek został niewinnie skazany za morderstwo. Dzięki temu filmowi człowiek ten został uwolniony. To niesamowity obraz, bo pokazuje, że coś tak oczywistego w naszym kręgu kulturowym, jak zasada domniemania niewinności w prawie karnym, nie jest oczywista w systemach tak w sumie nam bliskich. Obowiązuje tam odwrotna zasada. Stąd w sądzie pokazanym w filmie aż 95 proc. oskarżeń kończy się skazaniami.

- Oglądając polskie filmy na próżno szukać tam bieżących wątków... Czy tematyka społeczna nie mogłaby być w polskim dokumencie bardziej widoczna..?

- Ogromny obszar tematyki zaangażowanej mógłby być w kinie obecny, a nie jest. To trzeba mówić coraz wyraźniej. Polskie kino dokumentalne ma się świetnie. Jednak kino naprawdę społeczne, już nie mówiąc o zaangażowanym, ma się fatalnie. Nie pokazuje się problemów konkretnych, takich jak przeludnienie w więzieniach, czy nadużywanie tymczasowego aresztowania. Ale też na poziomie ogólniejszym nie powstała analiza tego, co stało się w tym kraju przez dwadzieścia lat, choćby analiza nowych grup społecznych.

Nie powstał u nas także taki film jak rumuński obraz o nowych milionerach, Alexandru Solomona "Kapitalizm, nasza ulepszona formuła", który będziemy pokazywać w tym roku. W Rumunii, która robi zresztą świetne filmy fabularne, powstają także znakomite dokumenty. Twórcy wciąż podejmują refleksję - kim są w tej chwili. Bardzo dobrze, że powstają w Polsce kameralne filmy o krowie i kozie. Są bardzo piękne i jestem zwolennikiem takiego kina. Bardzo źle, że nie powstają takie filmy jak w Rumunii: drapieżne, polityczne, artystycznie wybitne.

- Może my nie mamy takich problemów, a może odpowiednich twórców, którzy je zauważają...

- Problemy mamy, jednak polski dokument jest zmęczony swoją rolą dokumentu protestu. Niestety także dlatego, że dokumentaliści są w grupie, która jest benificjentem zmian. I chociaż są ludźmi wrażliwymi społecznie, to jednak nie mają przeciwko czemu protestować. Nie są pozasystemowi, tak jak byli w latach 70. czy 80. Co więcej, takie kino zaangażowane kojarzy się z propagandą, ze służbą idei w bardzo złych rejestrach. Samo słowo aktywizm, które na Zachodzie ma zupełnie inne emocjonalne konotacje, u nas brzmi jak bojowiec.

Istnieje także ogromna klisza w odbiorze sztuki, niestety bardzo prowincjonalna. Klasyczni dokumentaliści bardzo często myślą tak: jest sztuka i jest publicystyka. I to nie chodzi o to, że kino zaangażowane musi byś newsowe, publicystyczne, dziennikarskie... To może być kino artystyczne we wszelkich możliwych rejestrach sztuki filmowej. Może to być bardzo dobre kino. Zaangażowanie nie wyklucza artyzmu. W Polsce artyści pewnie myślą o naszym festiwalu: to jest telewizja, to jest reportaż... Nie myślą w ten sposób jedynie twórcy sztuki krytycznej: Katarzyna Kozyra, która będzie w tym roku w naszym jury, czy Artur Żmijewski.

- Jednak jakieś polskie dokumenty powstają, a wy prezentujecie je w specjalnym bloku. Które warte są obejrzenia?

- Co roku mamy specjalną sekcję: "Nowe filmy polskie". Pokazujemy w niej filmy społeczne, a więc wychodzimy poza tematykę praw człowieka. W tym roku wyróżniłbym polski film "Warszawa do wzięcia" w reżyserii Karoliny Bielawskiej i Julii Ruszkiewicz, który stara się przełamać typowe narracje i dotyka czegoś z istoty zjawiska wykluczenia. To film o trzech dziewczynach z popegeerowskich wsi, które jadą do stolicy, żeby rozpocząć tam nowe życie. Problem w tym, czy im się uda, której z nich się uda i dlaczego. Tutaj problem wykluczenia nie sprowadza się tylko do zmienionych warunków społecznych, ale też dotyczy tego, co owe dziewczyny mają w głowach. To drugie w dużym stopniu zadecyduje, że wrócą one tam, skąd wyszły.

Pokażemy też piękny film Pawła Łozińskiego "Inwentaryzacja", który kontynuuje swoją świetną passę. Krótki, z formalnym pomysłem na opowiadanie, film o przeszłości utraconej i odzyskiwanej, która właśnie przez to, że jest utracona, wydaje się bardzo odległa. Dopiero w ostatnim ujęciu widzimy, że znajdujemy się w centrum Warszawy. Chodzi o żydowski cmentarz.

Nie można nie wspomnieć o filmie "Świeże wiśnie" Anny Baumgart. Obraz podejmuje temat obcej ofiary - obozowej prostytutki, która w wielu wiodących nurtach dyskursu o Holocauście, jest jakby ponownie wykluczona. Nie ma statusu ofiary, o niej się praktycznie nie mówi. To film, który gra z konwencją dokumentu w inteligentny sposób. Zresztą bawi się z wieloma innymi konwencjami: opowiadania, myślenia, odgrywania...

W konkursie mamy też film niemiecki z polskim elementem - "Nigdzie w Europie" w reżyserii Kerstin Nickig. O uchodźcach czeczeńskich w Europie Środkowej. Film pokazuje losy uchodźcy, który mieszka w Lublinie. Będzie on zresztą gościem festiwalu . Film pokazuje, że nie radzimy sobie z tym problemem. Czeczeni są na drugim miejscu wśród starających się o azyl w Unii Europejskiej. To gigantyczny problem, wręcz na pograniczu kryzysu humanitarnego, o którym bardzo mało rozmawiamy i wiemy.

- Czego sami byście sobie życzyli w tej jubileuszowej, 10 już edycji festiwalu..?

- Trzeba nam życzyć chętnych sponsorów, pozyskanie ich jest zawsze bardzo trudne. Mówiąc tyle o równości od początku zakładaliśmy, że dostęp do tych filmów, dostęp do tych debat, dyskusji musi być naprawdę równy, to znaczy, że bilety są bezpłatne. I tak jest od dziesięciu lat i tego, by tak było dalej trzeba nam życzyć. Ani energii, ani ludzi na pewno nam nie zabraknie.

Nowe polskie filmy na Watch Docs - kliknij na zdjęcie, by przeczytać więcej :

DOSTĘP PREMIUM