Rock już umarł? Na pewno jest w poważnym kryzysie

Dramatycznie zmniejszająca się liczba sprzedawanych singli i polityka wytwórni płytowych spowodowały, że brytyjski dziennik "The Guardian" ogłosił początek końca ery rocka. Ale jak przypomina dziennikarz muzyczny Paul Stokes, śmierć rocka zapowiadano już w latach 80' i 90'.

W zeszłym roku tylko 3 proc. singli, które pojawiły się na brytyjskiej liście top 100 najlepiej sprzedających się hitów muzycznych, było rockowych. To najgorszy wynik od 50 lat - donosi "The Guardian" . W 2009 roku było ich ponad 4 razy więcej, a w 2008 roku 9 razy więcej. Dużo popularniejszy jest hip-hop, dance i pop. O kryzysie rocka ma świadczyć również fakt, że najlepszą rockową piosenką 2010 była "Don't Stop Believin", którą skomponował... 30 lat temu zespół Journey. Zyskała popularność tylko dzięki amerykańskiemu serialowi "Glee".

Winne wytwórnie

- To koniec epoki rocka. Skończyła się tak samo jak era jazzu - twierdzi jeden z najbardziej znanych brytyjskich muzycznych ekspertów, zwany "profesorem popu", Paul Gambaccini. - To nie oznacza, że nie będzie już dobrych rockowych wykonawców, ale rock jako dominujący gatunek muzyczny jest już historią - dodaje.

Według niego, problem leży w krótkowzrocznej strategii wytwórni muzycznych. Wolą one inwestować w uczestników reality show typu "Idol". - Żal mi rockowych artystów, gdyż wytwórnie zaczęły stawiać na krótkoterminowe zyski, zamiast na długoterminowy rozwój - mówi Gambaccini.

Jest nadzieja dla rocka

Lepsza sytuacja panuje na rynku albumów muzycznych. Tutaj rock utrzymał pozycję. - Rock nie umarł, jeśli popatrzy się na wyniki sprzedaży albumów - twierdzi Tony Wadsworth szef Brytyjskiego Przemysłu Fonograficznego.

Natomiast Paul Stokes - dziennikarz magazynu New Musical Express - uważa, że nie można jeszcze ogłaszać końca rocka. - Muzyka to biznes cykliczny. W latach 80' i 90' również mówiliśmy, że rock umarł, a było inaczej - mówi.

DOSTĘP PREMIUM