Bunt na Wall Street: udziałowcy Citigroup nie dają zgody na 15 mln dla prezesa

Udziałowcy Citigroup, jednego z największych banków na świecie, niespodziewanie zagłosowali przeciwko pensji 15 mln dolarów dla prezesa - podaje ?Gazeta Wyborcza?. Choć decyzja akcjonariuszy nie ma mocy prawnej, bo zarząd i tak może zrobić, co chce, to przypadek Citigroup może być początkiem zmian na Wall Street - czytamy.

"Przeciw szczodrym wynagrodzeniom dla kierownictwa, w tym prezesa Vikrama Pandita, opowiedziało się 55 proc. udziałowców banku. Dotąd nie było takiego buntu w żadnej z wielkich firm na Wall Street. A także spore zaskoczenie, bo 55-letni Pandit, z pochodzenia Hindus, dość powszechnie chwalony jest za to, że wyprowadził Citigroup na prostą" - pisze "Gazeta".

Chodzi o kłopoty, w jakie bank popadł po wybuchu kryzysu w 2008 roku, tuż po tym, gdy Pandit został jego szefem: "Nowy szef obiecał, że jego pensja roczna będzie wynosiła 1 dol., dopóki Citigroup nie zacznie znowu przynosić zysków. I faktycznie w 2009 i 2010 r. odebrał takie symboliczne wynagrodzenie. W zeszłym roku bank zarobił 11 mld dol., za co Pandit miał już dostać 15 mln dol.".

"Gazeta" przypomina też, że choć Pandit zrezygnował na czas kryzysu z wysokiej pensji, to i tak nie miał wyboru, bo Citigroup musiała się zadłużyć, by nie zbankrutować. Obecnie sytuacja Pandita nie różni się od sytuacji innych prezesów. - Citigroup to rażący przypadek braku związku między pensjami prezesów a zyskami właścicieli, czyli akcjonariuszy - mówi analityk Mike Mayo, który od miesięcy zapowiadał bunt na Wall Street. - Wreszcie właściciele postanowili zareagować, dziwić się należy, że tak późno...

Więcej w dzisiejszej "Gazecie Wyborczej"

Na tym zdjęciu to Mazowiecki? ''Po twarzach nas nie uczyli" - czyli co młodzi Polacy wiedzą o historii Polski>>

DOSTĘP PREMIUM