Rządowy plan walki z markami własnymi jest chybiony? "Problem jest, ale zupełnie gdzie indziej"

- Rządowy pomysł na ograniczenie sprzedaży marek własnych skończy się tym, że na placu boju o klientów sieci handlowych zostaną tylko najwięksi producenci i globalne koncerny - mówi w rozmowie z TOK FM dostawca, który od lat zaopatruje sieci handlowe, również w produkty sprzedawane pod markami własnymi. Jego zdaniem poszkodowani będą mali i średni lokalni producenci.
Zobacz wideo

Na początku marca rynek zelektryzowała zapowiedź premiera Mateusza Morawieckiego dotycząca ograniczenia sprzedaży marek własnych przez sieci handlowe. - Zdecydowanie chcemy doprowadzić do tego, żeby na półkach były towary z markami polskimi, a nie tylko (…) z markami sklepów wielkopowierzchniowych. Chcemy, aby w ten sposób rolnicy mogli budować siłę swojej marki - mówił szef rządu. Konkretów jeszcze nie ma, jest za to wiele kontrowersji i mnóstwo komentarzy dotyczących spodziewanej skuteczności takiego rozwiązania.

Ograniczenie marek własnych. Dlaczego i po co?

- Zakładałbym, że nie będzie to zakaz wprowadzania marek własnych, tylko obciążenie takich produktów dodatkowymi opłatami - mówił w Magazynie EKG Piotr Bielski, dyrektor Departamentu Analiz Ekonomicznych w BZ WBK. I od razu poddał w wątpliwość efektywność rządowego pomysłu. - W Polsce jest pewien deficyt rozpoznawalnych marek. Być może to jest próba wyjścia w kierunku, który miałby to jakoś naprawić. Można mieć wątpliwości, czy to akurat ten problem rozwiąże. Czy nie stanie się np. tak, że jak te marki własne znikną ze sklepów, to Polacy zaczną wybierać te marki, które już znają, a tych polskich drobnych producentów zepchnie się na margines - mówił.

- Trudno sobie wyobrazić, żeby we wszystkich grupach towarowych polscy producenci tworzyli marki. Nierozpoznawalny produkt broni się ceną, a nie tą nierozpoznawalną marką - tłumaczył z kolei Robert Krzak, ekspert ds. handlu detalicznego, również gość Magazynu EKG.

O to, czy rozwiązanie polegające na ograniczeniu sprzedaży marek własnych pomoże polskim małym i średnim producentom w wypromowaniu ich marek, zapytaliśmy jednego z dostawców, którzy od lat zaopatruje sieci handlowe w produkty spożywcze. Jego ocena jest jednoznaczna: Jest to uderzenie w rodzimych małych i średnich producentów.

Zyskają tylko najwięksi

- Dlaczego wejście w markę własną jest korzystne? W dzisiejszych realiach w branży żywności wytworzenie produktu to drobny element wszystkich kosztów. Znaczna część wydatków to pozyskanie rynku, opłata za wejście do sieci, opłaty marketingowe, półkowe. Polskich firm często na to nie stać, stać za to wielkie międzynarodowe koncerny. Małe czy średnie firmy, mając perspektywę produkcji bezpiecznej, jaką jest marka własna, nie martwiąc się o zbyt, mają wygodną sytuację biznesową - mówi nasz rozmówca. W praktyce wygląda to tak, że jeśli firma wchodzi do sieci handlowej z produktem pod własną marką, wszelkie dodatkowe koszty musi pokryć sama. Jeśli zaś dogada się z siecią na produkcję jej marki własnej, bardzo często z tych dodatkowych kosztów jest już zwolniona. 

- W takich sytuacjach ci producenci mogą nastawić się na współpracę nawet na małych marżach - tłumaczy. I dodaje, że wówczas podstawowy problem to zachowanie płynności finansowej. I właśnie tu pojawia się problem do rozwiązania.

Dostarczaj i czekaj na przelew

Jak mówi nasz rozmówca, sytuacja nie jest nowa. Chodzi o terminy płatności za dostarczone do sieci produkty. - Dzisiaj standard to 45 dni, ale dochodzi do nawet 80. Rzadko słyszy się o terminach powyżej 100 dni, ale to dlatego, że w wielu sieciach się to nieco znormalizowało - wylicza. W praktyce wygląda to tak, że dostawca przekazuje towar, np. mięso czy nabiał, sieć sprzedaje go szybko (a jeśli towar jest z gatunku szybko się psujących - niemal z dnia na dzień), ale płaci dostawcy np. po dwóch miesiącach. A ten w tym czasie musi zapłacić podatek, opłacić podwykonawców czy swoich dostawców. 

Wszystko to sprawia, że mali i średni dostawcy są na straconej pozycji w starciu z dużymi koncernami. Te mają po pierwsze więcej źródeł przychodów, po drugie mogą się zabezpieczyć, wykupując usługę faktoringu - ich płynność finansowa nie jest więc zagrożona, bo jest wynikiem kalkulacji i nie jest uzależniona od jednego źródła. - Dla nich nie ma znaczenia, czy sieć zapłaci im za 100, czy 150 dni, bo faktoring im da pieniądze na drugi dzień po wystawieniu faktury. Dla średnich wyłożenie 2 proc. na taką usługę jest zbyt dużym obciążeniem - mówi dostawca. - Gdyby ustawodawca naprawdę chciał pomóc wejść małym, średnim podmiotom do sieci, zrobiłby to, wymuszając terminy płatności na tych sieciach - dodaje. Wskazuje, że rozsądny byłby termin np. 30 dni.

Marka własna. Warto w to iść?

Nasz rozmówca na pytanie, czy słyszał o tym, by przez te długie terminy płatności ktoś z dostawców upadł, odpowiada: "Patrząc na liczbę bijących się o bycie marką własną, myślę, że to jest duży bonus dla takich producentów. Mimo wszystko jest to dużo bezpieczniejszy biznes. Duże sieci rozciągają te terminy, ale jednak płacą". 

Zwraca też uwagę na jeszcze jedną zależność: w przypadku marek producenta ryzyko tego, że towar się nie sprzeda, jest przerzucane na niego. - Ale to nie działa w przypadku matki własnej. Nikt nie powie, żeby dostawca odebrał niesprzedany produkt, wyprodukowany na zlecenie sieci. Tutaj to ryzyko przechodzi na sieć - wyjaśnia nasz rozmówca.

O tym, że produkowanie na potrzeby marek własnych może być dobrym interesem dla dostawców, może też świadczyć fakt, że coraz częściej idą w ten biznes wielkie koncerny. - Niektórzy producenci tworzą firmy córki, które produkują ten sam produkt pod inną nazwą. Można to potwierdzić na podstawie kodu weterynaryjnego - tłumaczył w TOK FM Robert Krzak. A odnosząc się do polskich producentów, wspomniał, że stanowią oni silną reprezentację na najlepszych obecnie targach żywnościowych, za które uznał właśnie targi marek własnych. A ograniczenia prawne? - IKEA ma 100 proc. produktów marki własnej. Nikomu to nie przeszkadza - podsumował.

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM