"Cała tarcza nie zawiera żadnych propracowniczych rozwiązań". Związkowcy bezlitośni dla tarczy 4.0

- To jest spirala w dół, będziemy się nawzajem wciągać pod wodę, zamiast rzucać sobie koła ratunkowe - w ten sposób Piotr Ostrowski z Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych komentował regulacje zawarte w procedowanej przez Sejm tzw. tarczy 4.0. Jak dodał, rząd nie wsłuchuje się w komunikaty wysyłane z Unii Europejskiej.
Zobacz wideo

Tarcza 4.0, a właściwie rządowy projekt ustawy o dopłatach do oprocentowania kredytów bankowych udzielanych na zapewnienie płynności finansowej przedsiębiorcom dotkniętym skutkami COVID-19, to pakiet kolejnych rozwiązań, które - według rządu - mają pomóc w walce z kryzysem gospodarczym wywołanym pandemią koronawirusa.

W związku ze złożeniem podczas drugiego czytania kolejnych poprawek do projektu, Sejm zdecydował o ponownym przesłaniu go do sejmowej Komisja Finansów Publicznych.

O rozwiązaniach zawartych w Tarczy 4.0 na antenie TOK FM mówili przedstawiciele Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych. 

Konsultacji praktycznie żadnych

I Piotr Ostrowski, i przewodniczący porozumienia Andrzej Radzikowski podkreślali, że tarcza była konsultowana w minimalnym stopniu. - Pierwszą wersję ustawy dostaliśmy z Ministerstwa Rozwoju pod koniec kwietnia. Dostaliśmy jeden dzień na przeanalizowanie kilkudziesięciostronicowego dokumentu, dość skomplikowanego. Nieco później odbyła się telekonferencja w ramach prezydium Rady Dialogu Społecznego. Przewodniczący OPZZ wyraził uwagi, ale nie było żadnej informacji zwrotnej od resortu - relacjonował Ostrowski. Jak dodał, prace nad ustawą trwały przez cały maj i w tym czasie nikt z rządu się z OPZZ w tej sprawie nie konsultował.

Tarcza propracownicza czy antypracownicza?

W projekcie znalazł się m.in. zapis umożliwiający utrzymanie obniżonych wynagrodzeń przez kolejny rok. - Tak, wpisujemy możliwość utrzymywania obniżonej pensji przez okres nie dłuższy niż 12 miesięcy w sytuacjach bardzo klarownie opisanych - przyznała w środę wicepremier Jadwiga Emilewicz, która prezentowała projekt. - W sytuacji, w której dochodzi do obniżenia obrotów w danej firmie o 15 proc. w ujęciu rok do roku, 25 proc. w ciągu dwóch miesięcy. Wtedy tylko będzie można skorzystać - po uzyskaniu akceptacji organizacji związkowych. Nie dzieje się to zatem z automatu. Nie obniżamy zatem automatycznie pensji. Mówimy o sytuacji, w której jesteśmy przed dylematem, czy zakład pracy ma utrzymać miejsca pracy, czy też on ma pozostać w danym miejscu - tłumaczyła. Przekonywała, że zapisy ustawy mają służyć pracownikom, a ona sama określiłaby je jako prozatrudnieniowe. 

Innego zdania - i to nie tylko o tarczy 4.0, ale o jej wcześniejszych mutacjach - jest OPZZ. - Cała tarcza nie zawiera żadnych propracowniczych rozwiązań. To zdumiewające, bo i przewodnicząca Komisji Europejskiej, jak i wiele krajów prowadzi politykę taką, że miejsca pracy i wynagrodzenia mają zostać utrzymane - stwierdzał na antenie TOK FM Piotr Ostrowski. 

- Wyjdziemy na tzw. normalność, kiedy utrzymamy miejsca pracy i dochody na w miarę niezmienionym poziomie. Wydłużanie okresu niepewności będzie powodowało problemy dla całej gospodarki - argumentował. - To jest spirala w dół, będziemy się nawzajem wciągać pod wodę, zamiast rzucać sobie koła ratunkowe - dodawał.

Nawiązywał również do inicjatywy Komisji Europejskiej, która planuje właśnie podział środków z Europejskiego Funduszu Transformacji, by pomóc krajom w uporaniu się z kryzysem. - Żadne państwo członkowskie nie będzie musiało wybierać między inwestowaniem w zażegnanie kryzysu, a inwestowaniem w ludzi. Będziemy zwiększać środki na wsparcie zatrudnienia młodych ludzi, na program Erasmus+. Chcemy zadbać o to, żeby ludzie mieli dostęp do szkoleń, do umiejętności, które są konieczne, by dostosowali się do tak szybko zmieniającego się świata - zaznaczyła, mówiąc o projekcie, szefowa KE Ursula von der Leyen.

Posłuchaj całej rozmowy:

Niższe pensje dla tych, którzy dziś pracują na tarczę

W projekcie tarczy 4.0 znalazły się również zapisy dające możliwość zwalniania pracowników i zmniejszania płac pracowników administracji rządowej i sfery finansów publicznych, kiedy w budżecie państwa pojawi się deficyt. Piotr Ostrowski zwracał uwagę, że w gronie zagrożonych znaleźli się m.in. pracownicy Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, którzy dziś ciężko pracują, również w nadgodzinach i w weekendy, by realizować wnioski o wsparcie w ramach wcześniejszych tarcz. Na tę chwilę opcja zwolnień i obniżek pensji omija pracowników jednostek samorządu terytorialnego, Polskiej Akademii Nauk, uczelni publicznych, państwowych i samorządowych instytucji kultury.

Związkowcom nie podoba się również zapis dający pracodawcy możliwość wysłania pracownika na przymusowy urlop zaległy. - Często posiadanie takiego urlopu wynika z tego, że pracodawcy proszą pracowników o niewykorzystywanie go, bo jest dużo pracy - stwierdzał Ostrowski.

Gdzie są pieniądze pracowników?

Andrzej Radzikowski zwracał uwagę, że żadna z tarcz w żadnym stopniu nie wykorzystuje na rzecz pracowników pieniędzy, które gromadzone są przez nich co miesiąc. - Od wynagrodzeń ponad 2,5 proc. miesięcznie idzie na Fundusz Pracy i Fundusz Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych, rocznie to daje ok 14 mld zł, a były jeszcze oszczędności z ubiegłych lat. To są pracownicze pieniądze, gdzie one są? - pytał. 

Jego zdaniem proponowane rozwiązania działają na krótką metę i nie wzmocnią gospodarki osłabionej lockdownem. A odmrażanie nie będzie się równało natychmiastowemu powrotowi do normalności. - Miałem telekonferencję z branżą metalowców i hutników. 47 potężnych zakładów obniżyło wynagrodzenia, zapowiada zwolnienia grupowe. Ta branża będzie się podnosiła przez kilka, a nawet kilkanaście miesięcy. Tu nie chodzi o cykl produkcyjny, a o zbyt. A mamy zapowiedzi np. samorządów, że będą szukały oszczędności w inwestycjach. Tego zbytu nie będzie - wyjaśniał.

Co z zasiłkiem dla bezrobotnych? Posłuchaj całej rozmowy:

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM