Bunt przedsiębiorców nie wszędzie się udał. Szef PFR: Obdzwanialiśmy tych, którzy planowali się otworzyć

W Zakopanem masowego buntu przedsiębiorców nie widać. W Legionowie również nie, choć otwarcie zapowiadało co najmniej kilkanaście lokali. Czyżby przedsiębiorcy dali się przekonać rządzącym? - W weekend wraz z Ministerstwem Rozwoju obdzwanialiśmy przedsiębiorców, którzy planowali się otworzyć i przekonywaliśmy, żeby tego nie robić - mówił w TOK FM Paweł Borys, prezes Polskiego Funduszu Rozwoju.
Zobacz wideo

Poniedziałek to dzień buntu przedsiębiorców. Bardzo wielu właścicieli lokali gastronomicznych, siłowni, pensjonatów i innych firm, które nie mogą normalnie działać w związku z utrzymywanymi obostrzeniami, deklarowało, że będą otwierać swoje biznesy. Powstała nawet specjalna mapa, na której można sprawdzić, gdzie znajdują się czynne lokale.

Nie wszędzie mamy do czynienia z protestem na dużą skalę. Nawet na Podhalu, gdzie kilkanaście dni temu pojawiła się akcja "Góralskie weto", nie widać masowego otwierania firm.

Jak relacjonuje z Zakopanego reporterka TOK FM, większość restauracji, hoteli czy stoków narciarskich nie zdecydowała się na złamanie obostrzeń. Katarzynie Młynarczyk na Krupówkach nie udało się znaleźć ani jednego lokalu, który przyjmowałby klientów. Cały czas sprzedaż jedzenia odbywa się tylko na wynos. Jak tłumaczą restauratorzy, kary za złamanie obostrzeń są wysokie, więc nie chcą ryzykować.

Podobnie jest w Legionowie, gdzie kilkanaście lokali zapowiadało otwarcie. Ale, jak informuje reporter TOK FM, ostatecznie nie zdecydowali się na taki krok.

"Obdzwanialiśmy przedsiębiorców"

Rządzący powtarzali, że otwarcie biznesów będzie dla przedsiębiorców oznaczało spore kłopoty. Wicepremier Jarosław Gowin zapowiedział, że złamanie obostrzeń będzie skutkować brakiem pieniędzy z tarczy antykryzysowej.

- To dla mnie najgorsza decyzja, jeśli musimy odmówić komuś pomocy, bo łamie obostrzenia - mówił dziś w EKG Paweł Borys, prezes Polskiego Funduszu Rozwoju. Zdradził też, że rządzący podjęli próbę przekonania przedsiębiorców, że przepisów nie warto łamać.

- W weekend wraz z Ministerstwem Rozwoju obdzwanialiśmy przedsiębiorców, którzy planowali się otworzyć i przekonywaliśmy, żeby tego nie robić - powiedział w rozmowie z Tomaszem Settą.

Nie słuchasz podcastów? To dobry czas, by zacząć. Dostęp Premium za 1 zł!

Jak dodał, reakcje "były różne". - Nie do wszystkich się dodzwoniliśmy. Chociaż były to raczej spokojne rozmowy. Mamy nadzieję, że jakąś grupę przekonaliśmy. Zwróćmy też uwagę na skalę. To około 100 firm w stosunku do kilkuset tysięcy podmiotów na rynku, co oznacza, że bardzo niewiele firm deklaruje chęć złamania obowiązujących w Polsce obostrzeń - podkreślił Paweł Borys.

"Działamy w granicach prawa"

Szef PFR wyjaśnił, że z karą - zwrotem pieniędzy - będą się też musieli liczyć ci przedsiębiorcy, którzy pomoc otrzymają i potem otworzą lokale. - Każda firma, wnioskując o subwencje musi zadeklarować, pod rygorem odpowiedzialności karnej, że przestrzega obostrzeń. Opieramy się na zaufaniu, ale też weryfikujemy. Jeśli dostaniemy informacje, że ktoś złamał obostrzenia, to zwrócimy się z wnioskiem o zwrot otrzymanych pieniędzy - zapowiedział.

Poinformował też, że do piątku "w ramach Tarczy Finansowej 2.0 wpłynęło 5 tys. wniosków na łączną kwotę zbliżającą się do miliarda złotych". O wsparcie wnioskowali głównie mikroprzedsiębiorcy oraz małe i średnie firmy. - Pierwsze 700 firm otrzymało już pozytywne decyzje i w ciągu dnia dziś wpłynie na ich konta 100 mln zł - obiecał szef PFR.

Tomasz Setta przypomniał, że sądy w wielu sprawach, dotyczących mandatów za łamanie obostrzeń, uchylają decyzję sanepidu. Część prawników i ekspertów przekonuje też, że zamykanie działalności gospodarczej na podstawie rozporządzenia jest niezgodne z przepisami.

- My działamy w granicach prawa. Jeżeli wystąpimy o zwrot subwencji, to przedsiębiorca na gruncie prawa może dowodzić, że nie musi tego robić. Natomiast ja przede wszystkim uważam, że to nieuczciwe w stosunku do reszty społeczeństwa i innych form. To pomoc publiczna na koszt podatnika. Nie może być tak, że wszyscy się składają, a ktoś nie przestrzega rygorów. Nie na tym polega umowa, bo te firmy tworzą zagrożenie dla zdrowia - przekonywał Paweł Borys.

Lepiej rozmawiać, niż straszyć

Słowa Borysa komentowała w TOK FM dr Lidia Adamska. Jej zdaniem, choć pieniądze do firm z programów pomocowych trafiają coraz sprawniej, to nie wpływa to na uspokojenie nastrojów.

- Widzimy zmęczenie, desperacje i frustracje ze strony tych, którzy w największym stopniu zostali dotknięci ograniczeniami. Na południu Europy mamy do czynienia z podobnymi zjawiskami. Na przykład w Hiszpanii protesty przedsiębiorców odbywają się pod hasłem "Otwierać albo umierać". Widać, że ta siła negatywnych emocji, rozczarowania i strachu jest bardzo duża - mówiła mentorka start-upów.

Szef Krajowej Izby Gospodarczej zwrócił uwagę, że polskie władze w rozładowywaniu emocji wśród przedsiębiorców nie stawiają na rozmowę, tylko na straszenie. - Słyszymy w mediach, że na otwierane placówki mają być wzmożone naloty sanepidu i policji - mówił Andrzej Arendarski.

Jego zdaniem plany pomocy dla firm są dobrze pomyślane, jednak realizuje się je zbyt późno. - Takie działania powinny być już przeprowadzane w wakacje, a wtedy nas się uspokajało, że z pandemią wygrywamy. Nie byłoby tej sytuacji, gdyby rząd nie zlekceważył drugiej fali pandemii - ocenił prezes KIG.

I radził też władzy, aby zaczęła w końcu na serio rozmawiać z przedsiębiorcami. - Dla wielu toczy się walka o dorobek całego życia. Ludzie są zrozpaczeni. Nikt by się nie buntował, gdyby to chodziło tylko o spadek przychodów. Tutaj trwa walka o egzystencję. Apelowałbym o rozmowy, bo tylko tak można uspokoić nastroje i racjonalnie wyjść z całej sytuacji - mówił gość magazynu "EKG".

Posłuchaj podcastu!

DOSTĘP PREMIUM