Czego mogą nas nauczyć Buszmeni? Antropolog: Obsesja wokół pracy nie wynika z naszej natury

Dr James Suzman, antropolog z Uniwersytetu w Cambridge, przez trzy dekady badał kulturę Buszmenów, głównie w Namibii. I po tym doświadczeniu napisał książkę o... pracy: "Praca. Historia tego, jak spędzamy swój czas".
Zobacz wideo

Od prawie trzech dekad bada Pan kultury Buszmenów, szczególnie  Ju/’hoansi w Namibii. Jak te badania zainspirowały Pana do napisania książki… o pracy? 

Nie wiemy zbyt dobrze, jak żyli nasi dawni przodkowie, więc uczenie się od ludzi, którzy wciąż korzystają z podobnych technologii co ludzie z przeszłości, jest najlepszym sposobem na ożywienie połamanych kości i narzędzi kamiennych, które zostawili oni za sobą. Ju/’hoansi jeszcze w XX w. żyli jak łowcy i zbieracze, uważało się, że mają jeden z najbardziej zbliżonych stylów życia do naszych przodków. Niestety, dziś już Ju/’hoansi nie mają możliwości trzymać się tego tradycyjnego sposobu życia.

Na Zachodzie często mówimy o gospodarce jako o czymś niezależnym od naszego życia codziennego, w naszej współczesnej cywilizacji oddzielamy płatną pracę zawodową od innych aspektów naszego życia. 

Natomiast społeczności, jak Ju/’hoansi [ŻIU-HUASI], które trwały dzięki polowaniom na dzikie zwierzęta oraz zbieraniu roślin, rozumieją pracę jako wysiłek włożony w zabezpieczenie podstawowych potrzeb żywnościowych czy dachu nad głową. To wymaga znacznie mniej czasu, jakieś 15 godzin tygodniowo. I drugie tyle na aktywność, którą nazywamy dziś pracami domowymi.  

Tysiące lat rozwoju i wzrostu produktywności, a pracujemy dłużej niż nasi przodkowie?

Dziś w Wielkiej Brytanii - średnio - wykonujemy około 30 godzin tygodniowo prac domowych, a do tego jeszcze - według kodeksu - 40 godzin odpłatnej pracy. W sumie pracujemy więc dwa razy więcej niż oni. 

Co więcej, Ju/’hoansi nauczyli się żyć w warunkach, które my postrzegamy jako bardzo trudne. Ale oni mieli wiedzę i umiejętności, które rozwijali przez całe życia i doskonalili przez setki pokoleń. A to oznacza, że znacznie więcej czasu mogli spędzić "na luzie". 

Poza tym, praca, którą wykonywali dawała im dużo satysfakcji, tymczasem dużej części pracy wykonywanej dziś nie towarzyszy wcale podobnie duże emocjonalne, fizyczne i duchowe zaangażowanie. 

"Polowanie i zbieranie" angażuje umysł, ciało i emocje, dlatego wielu z nas w czasie wolnym wykonuje wiele czynności, które Ju/’hoansi uważali za pracę. Płacimy więc na przykład za to, żeby móc spędzić dzień na łowieniu ryb, bo to nas relaksuje. Albo ruszamy na spacer w góry na poszukiwanie grzybów, by się zrelaksować. Niektórzy czerpią przyjemność i relaksują się przy polowaniach. Jednym słowem, praca Buszmenów była dużo bardziej satysfakcjonująca. 

Co jeszcze istotniejsze, nasi przodkowie mieli gruntownie inną perspektywę na gospodarkę. W naszym paradygmacie, celem jest: więcej i więcej, chcemy mieć to, co ma ktoś inny, tyle, ile ma sąsiad, napędzają nas nierówności, Ju/’hoansi mieli niewiele potrzeb, które było łatwo zaspokoić. Nie musieli więc bez końca pracować, bo koncentrowali się na podstawowych potrzebach na ten dzień. Nie byli zakładnikami przyszłości.

Posłuchaj podcastu!

My jesteśmy zakładnikami przyszłości?

Ja spędzam dużą część swojego życia, by odłożyć na fundusz emerytalny, z którego mogę nawet nie skorzystać, albo by uskładać na edukację dzieci, gdy dorosną. To, co robimy jest, bardzo skoncentrowane na przyszłości. 

Tymczasem łowcy i zbieracze byli bardzo skoncentrowani na tym, co tu i teraz. Nie tracili czasu na budowanie nadwyżek albo zdobywanie więcej niż było im potrzebne. Co więcej, uważali takie działania za przeciwskuteczne, gdyż, gdy już podjęli wysiłek, by zdobyć więcej niż potrzebowali pojawiał się problem kontrolowania tych nabytków, celem stawała się więc władza.

Gdy jesteś grupą łowców-zbieraczy, czyli małą społecznością żyjącą we względnie dzikim otoczeniu, niezbyt korzystne jest utrzymywanie źródeł konfliktu i nierówności, unikanie ich jest trudne, dlatego paradygmat ekonomiczny skoncentrowany był na utrzymaniu spójności grupy, która miała priorytet nad indywidualnymi potrzebami. Dlatego pewne rzeczy, jak gromadzenie bogactwa, łowcy i zbieracze uznawali za społecznie szkodliwe. I wkładali dużo wysiłku, by tego unikać. 

Mnie uczono, że rolnictwo dało ludziom bezpieczeństwo żywnościowe, a co za tym idzie lepsze życie niż mieli łowcy i zbieracze, którzy mieli być zawsze niepewni o to, czy zdobędą pożywienie. Pan twierdzi, że było odwrotnie.

Rolnictwo uczyniło nas bardziej produktywnymi - ale uczyniło też nasze życie bardziej niepewnym.

Ludzie, szczególnie z uprzemysłowionego świata, lubią sobie mówić, że historia ludzkości jest historią wielkiego postępu. Że nasi przodkowie żyjący dziesięć czy pięćdziesiąt tysięcy lat temu mieli nieszczęsne życia, ukrywali się w jaskiniach przed dzikimi bestiami i głodowali. Aż ktoś zasiał pierwsze ziarno i udomowił pierwsze zwierzę, co pozwoliło się im najeść i mieć czas na wypoczynek.

Nie wiemy dokładnie, dlaczego i jak to się stało, wiele teorii koncentruje się na zmianie klimatycznej, ale prawda jest taka, że ta transformacja w społeczności rolnicze wystawiła ludzi na szereg nowych zagrożeń i spowodowała, że musieli zacząć wykonywać znacznie więcej pracy.  Ju/’hoansi żyli na pustyni Kalahari, to są bardzo, bardzo ciężkie do życia warunki, a jednak potrafili tam znaleźć ponad sto różnych gatunków roślin i polowali regularnie na 30-40 różnych gatunków zwierząt. Każdego roku, niezależnie od tego, czy pogoda przyniosła suszę, czy deszcz, mogli polegać na jakichś gatunkach, które się odnajdowały w danej pogodzie. Zawsze było coś do jedzenia.

Tymczasem społeczeństwa rolnicze zazwyczaj polegały na jednym czy dwóch podstawowych plonach, ziemniaka i zboża. Jeśli nie potrafili odtworzyć idealnych dla tych roślin warunków, to głodowali. Ale w związku z tym, że sadzili gęsto, to wystawiali się na różne ryzyka, choćby choroby roślin. 

Na przykład sąsiedzi Ju/’hoansi byli rolnikami, uprawiali kukurydzę i proso. Liczba czynników, które mogą zniszczyć całe zbiory w jedną noc, jest wielka: słoń, myszy, małpy, insekty. Rolnicy poświęcali dużą część życia ochronie swoich upraw.

Jest jeszcze druga rzecz, która bardzo odróżniała życie rolników od łowców i zbieraczy. Gdy na przykład uprawiasz pszenicę, siejesz ją wiosną, a chleb - jeśli ci się poszczęści - będziesz miał w grudniu, bo musisz posiać, pielęgnować, podlewać, odchwaścić i chronić. Jak już zbierzesz plony, to musisz dokonać całej obróbki, zrobić mąkę i na koniec - jak się wszystko uda - chleb. Jesteś więc związany całym tym rolnym cyklem. Tymczasem łowcy-zbieracze mogli sobie darować pracę tego czy tamtego dnia, uznając, że najwyżej dziś pójdą spać trochę głodni, bo nie chce im się polować. Jeśli słoń dewastuje pole rolnika, albo to pole zaatakuje jakiś szkodnik, albo deszcz nie pada, gdy trzeba - rolnik nie może wziąć dnia wolnego, jest niewolnikiem całego systemu rolnego. Dlatego, w dużej mierze, nasz dzisiejszy stosunek do pracy, związany jest właśnie z rewolucją rolną. 

Uprawianie pola - nawet obsadzonego najprostszą pszenicą - jest znacznie bardziej produktywne niż zbieranie roślin tak jak robili to łowcy-zbieracze, ale z drugiej strony ze względu na potrzeby siły roboczej, pole musi wyżywić znacznie więcej ludzi, którzy gromadzą się w jednym miejscu właśnie ze względu na to uprawne pole. W społecznościach rolnych, gdy udało się zwiększyć produktywność upraw, to zaraz wzrastała też liczba ludzi, którzy byli potrzebni do wykonania pracy. Nieustannie żyli więc na poziomie prekarnym. W cywilizacjach rolnych, pomimo postępu technologicznego, populacja się rozrastała i znikały korzyści z tego postępu.

To oznaczało, że od momentu, gdy zaczęło się rolnictwo 10 tysięcy lat temu do początku rewolucji przemysłowej 300 lat temu, jakość życia rolników była stała, nie podnosiła się. Poza szczęśliwcami w miastach, większość musiała bardzo ciężko pracować na roli, podlegając temu całemu potężnemu ryzyku. Gdy przyglądamy się archeologicznym pozostałościom dawnych cywilizacji, nawet tak produktywnych jak rzymska, kości wskazują na poważne niedożywienie i braki witamin. 

Podsumowując, rolnictwo spowodowało niesamowity wzrost produktywności, ale towarzyszyło temu pojawienie się wielkiego ryzyka, i właśnie to spowodowało, że tak bardzo zaczęliśmy się koncentrować na niedoborach i wznieśliśmy pracę na piedestał.

Rozrastanie się miast i rewolucja przemysłowa przyspieszyły wyścig o więcej - napędzany przez nierówności.

To w miastach pisana była historia. Prawda jest jednak taka, że w czasach starożytnego Egiptu, czy Rzymu, czy innej starożytnej cywilizacji - większość życia toczyła się poza tymi miastami, bo większość ludzi pracowała na roli. W starożytnym Rzymie, tak jak w przedrewolucyjnej Francji, 80 proc. ludzi pracowało na polu, to tam przede wszystkim toczyło się życie i historia. Niewiele się przez te tysiące lat zmieniało, gdybyś wsadził kogoś ze starożytnego Egiptu do wehikułu czasu i przetransportował go do siedemnastowiecznej Francji, czułby się całkiem pewnie, mogąc używać podobnej technologii do tej, którą znał.

Produktywność była więc mała. Jednak w tych najbogatszych społecznościach, pojawiała się nieduża nadwyżka, która była akumulowana w miastach. Na wsi życie i praca ludzi polegały na wytwarzaniu energii, czyli żywności, która potrzebna byłaby żyć - w miastach ludzie mogli korzystać z energii wytworzonej na wsi, pojawiły się więc nowe aktywności i zawody, sztuka i muzyka, ludzie mogli poświęcić czas na działania, które nie był związane z produkcją żywności. Zaczęła się też walka o nadwyżki. Te starożytne miasta były zapowiedzią przyszłości, rzeczywistości, w której dziś żyjemy. Dziś nasze rolnictwo jest tak produktywne, że w rolnictwie w Europie pracuje 5 proc. ludzi, marnujemy nieprawdopodobnie dużo żywności, a problem niedożywienia zastąpił problem nadwagi.

Czego mamy się zatem uczyć od Ju/’hoansi? Nauki ekonomiczne głoszą, że robienie zapasów jest potrzebne właśnie po to, by zabezpieczać przyszłość i się rozwijać. Ju/’hoansi nie uznawali własności prywatnej, a - znów jak przekonuje klasyczna ekonomia - ta jest fundamentem wolnorynkowej demokracji. 

Rzeczywiście, opis ich systemu społecznego może budzić skojarzenia - zwłaszcza w Europie Wschodniej, czy Azji Centralnej - z komunizmem, który okazał się porażką. W żadnym wypadku nie nawołuję do komunizmu.

Nie ma wątpliwości, że przez ostatnie 200-300 lat, od rewolucji przemysłowej, gdy nauczyliśmy się korzystać z energii surowców ukrytych w ziemi i przekazywać ją maszynom, korzystamy z nieprawdopodobnego rozwoju technologicznego i postępu. Łowcy-zbieracze cieszyli się nieco dłuższym życiem niż rolnicy, ale my dziś żyjemy dwa razy dłużej niż wszyscy oni. Mamy lekarstwa, jest nam ciepło w nocy. 

Czy jesteśmy równie szczęśliwi jak nasi przodkowie - nie jestem pewien. Ale nie ma wątpliwości, że to nastawienie się na produktywność, połączone z surowcami, innowacjami i rewolucją naukową, przyniosło nam wiele korzyści. Jednak, lekarstwo po tym jak zadziałało, może dalej powodować szkody. Rozwój przyniósł nam dostatek, ale teraz mierzymy się z zagrożeniem, że to co dało nam dobrobyt, czyli koncentrowanie się na produktywności i pracy za wszelką cenę, powoduje coraz więcej niekorzystnych zjawisk.

Po pierwsze, problem ze zmianami klimatu. To ma ścisły związek z ilością energii, którą zużywamy, bo jest związane z emisjami gazów cieplarnianych. Czyli to skutek nieustannego wzrostu.

Drugi problem jest moim zdaniem fundamentalny, czyli nierówności. W przeszłości, w społeczeństwach rolniczych, w miastach istniały niewielkie elity, bo nadwyżki były niewielkie. Dziś w cywilizacji poprzemysłowej jesteśmy tak produktywni, że trudno znaleźć dla każdego dającą sens pracę. Nasze gospodarki nie są już oparte na ludzkiej pracy, kluczowe jest to, kto jest właścicielem maszyn, choćby tego komputera, dzięki któremu teraz rozmawiamy. Obliczenia, które nasz komunikator teraz wykonuje w jedną sekundę, wcześniej wymagałyby zaangażowania pięciu tysięcy naukowców na pięć lat. Komputery są teraz niebywale produktywne… co jednak powoduje wiele problemów.

Pogłębia się problem nierówności. Im bardziej gospodarka staje się zautomatyzowana, tym bardziej kluczowy staje się dostęp do kapitału. Od lat 80-tych poprzedniego wieku i wybuchu rewolucji cyfrowej obserwujemy globalny wzrost nierówności. To nagłe przejście od gospodarki opartej na przemyśle do usługowej, szczególnie dojmujące jest w krajach rozwijających się, czy choćby postkomunistycznych. Ja sam znam to lepiej z bliskich mi krajów rozwijających się na kontynencie afrykańskim, które próbują dokonać tego skoku z gospodarki rolnej do tej opartej na usługach. Praca w przemyśle coraz bardziej wykonywana jest przez maszyny, i to właśnie ich właściciele, ci, którzy mają dostęp do kapitału mają majątek. Dziś trudno jest osiągnąć bogactwo pracą. Sama praca nie wystarczy. Amerykański sen dziś już nie działa, w USA najciężej pracują ci, którzy mają pensję minimalną, robią na dwa etaty, nie mają czasu dla dzieci i nie stać ich na wysłanie ich na uniwersytety. To jest problem strukturalny. 

Historycznie, nierówności są wielkim źródłem napięć. Wyzwaniem, które przed nami stoi jest takie zorganizowanie życia społeczno-ekonomicznego, byśmy mieli dostęp do lepszej pracy, efektywnie wykorzystywali zasoby naturalne i byśmy utrzymali cały ten dobrobyt, który zbudowaliśmy i nie stracili go przez kryzys klimatyczny. 

Ale czy to nie jest w naturze ludzkiej, jak twierdzą wyznawcy homo economicusa? Czy to nie rywalizacja i chęć posiadania więcej - pcha nas do przodu, motywuje do wynalezienia lekarstwa, ale i do ciągłego rozwoju? Czy automatyzacja nie zwalnia nas z wykonywania ciężkich i wymagających fizycznie prac?

Tak silne koncentrowanie się na pracy to jest kwestia naszej kultury. To, że organizujemy nasze życie, status społeczny i tożsamość wokół pracy wynika z naszej kultury. W mieście, gdy kogoś poznajesz pierwszy raz, pytasz o to, co robi i gdzie pracuje, bo dzięki tym informacjom możesz się o tym człowieku bardzo dużo dowiedzieć, domyślić, jakie ma wykształcenie, z jakiej rodziny pochodzi, kim są jego znajomi, jaki jest jego status społeczny. Na wsi w Namibii, z którą jestem związany, najpierw pytasz skąd ktoś pochodzi i jak ma na imię, bo to może ci powiedzieć coś o jego rodzinie. Nie ma sensu pytać o zawód, bo na wsi wszyscy zajmują się podobnymi sprawami, rolnictwem, czy polowaniami i zbieractwem. To jest miejski fenomen, że praca staje się substytutem plemienia.

Żyjemy w coraz bardziej wyspecjalizowanych miejscach pracy, praca wpływa na nasze rozumienie świata, decyduje też często o tym, z jakimi ludźmi się przyjaźnimy, bo szukamy ludzi podobnych do siebie. To jeden ze współczesnych problemów, bańki ludzi połączonych podobnymi doświadczeniami. Nie tyle garncarze robią garnki, co garncarstwo tworzy garncarzy. Praca, którą wykonujesz, kształtuje ciebie. Historia miast jest historią mikrospołeczności powstających wokół pracy. W starożytnym Rzymie funkcjonowały kolegia, takie odpowiedniki gildii, w ramach, których ludzie żyli, pracowali i żenili się, łączyła ich nie tylko praca, ale podobny stosunek do świata oraz to, że świat postrzegał ich jako podobnych.

W ostatnich dekadach, nasze lokalne społeczności były pozbawione interakcji, słabły, bo tyle czasu spędzamy w drodze do pracy, albo samej pracy, nie starczało czasu na sąsiadów. W Wielkiej Brytanii dopiero w lockdownie, niektórzy po raz pierwszy mieli szansę poznać sąsiadów. Myślę, że stoimy u progu zmiany, że to jeden z pozytywów tego strasznego roku.

I co z tego wynika? Z poznania tego jak żyli nasi przodkowie? Mamy porzucić cywilizację i wrócić do lasu albo na pustynię? Biorąc pod uwagę liczbę ludzi i złożoność naszej cywilizacji trudno to sobie wyobrazić.

Oczywiście. Historie o łowcach i zbieraczach mają nam uświadomić i przypomnieć, że nasza obsesja pracy i posiadania więcej i więcej, nie wynika z naszej natury, a jest wynikiem naszej kultury. To nam daje więcej wolności, by wyobrażać sobie jak możemy kreatywnie zmierzyć się ze wszystkimi wyzwaniami. Żyjemy w świecie niebywałego bogactwa, które jest skoncentrowane w niewielu rękach. Plus, mierzymy się z kryzysem klimatycznym. 

A do tego prace większości ludzi są liche, weźmy jakikolwiek sondaż, choćby globalne badanie Gallupa z 2017 r., z którego wynika, że siedmioro z dziesięciorga ludzi zadeklarowało, że nie czuje się związanych z pracą; wykonują ją, oddają pracodawcy czas, ale nie serce i pasje. Cieszą się, gdy mogą już wrócić do domów. 

Te liczby były szczególnie uderzające w Europie Zachodniej. Tylko jedna na dziesięć osób zadeklarowała, że pracuje z pasją i zaangażowaniem. Ale aż dwie na dziesięć zadeklarowały, że tak bardzo nie są zaangażowani w pracę, że przyjemność czerpią tylko z utrudniania życia w miejscu pracy!

Dlaczego tak bardzo nie lubimy swojej pracy, której poświęcamy tak dużo czasu i wokół której ostatecznie budujemy życie?

Częściowo ten negatywny stosunek wynika to z tego, że część pracy, którą wykonujemy nie jest potrzebna, niczemu tak naprawdę nie służy. Prof. David Graeber w słynnej książce nazwał je pracami bez sensu, gówno-pracami. tymczasem, mamy dziś wystarczająco dużo środków i wiedzy, by niedużym wysiłkiem sprostać większości potrzeb ludzkich. Mamy ogromne zasoby, tylko bardzo źle z nich korzystamy.

Dam przykład z własnego, uniwersyteckiego podwórka. Uniwersytet w Cambridge jest jednostką badawczą i naukową. 50 lat temu - jak na większości uniwersytetów - większość ludzi tutaj była zaangażowana  … w nauczanie i badania. Teraz więcej ludzi jest zatrudnionych w administracji niż na tych właściwych pozycjach. Uniwersytet stał się więc przede wszystkim instytucją nieźle opłacanych menedżerów średniego szczebla, którzy prowadzą badania ankietowe i pracują nad procesami. Sporo lat przepracowałem też w korporacji i zdałem sobie sprawę, że aby zostać bogatym managerem wysokiego szczebla, należy uczynić się niezbędnym, a to można osiągnąć poprzez tworzenie nowych zadań i pracy. 

Podobnie jest w sektorze wytwórczym, nie chodzi tylko o sprzęt elektroniczny i telefony, które musimy szybko wymieniać na nowsze, by biznes się kręcił i sprzedaż rosła. Weźmy nawet kanapę, 50 lat temu, jeśli potrzebowaliśmy mebla do siedzenia, to musieliśmy ciężko pracować i oszczędzać, aby kupić coś co miało być z nami dekady, a nawet setki lat. Dziś kupujemy sofę w Ikei, która posłuży nam kilka lat. Żeby ludzie mieli co robić. To jednak prowadzi do wypaczeń. Tak jak mówiłem, lekarstwo, które przyniosło nam dobrobyt, czyli koncentrowanie się na wzroście, teraz powoduje chorobę.

Jest jeszcze jedno istotne wypaczenie, dobitnie widoczne w czasie pandemii. Społeczeństwo się bogaci, dostęp do kapitału staje się najważniejszy, ale to nie prowadzi do rozwiązania wielu potrzeb społecznych. Jako społeczeństwo bardzo dobrze wynagradzamy sprzedających w bankach derywatywy, oni nic takiego nie robią, klepią coś w komputerach, handlują instrumentami finansowymi i zarabiają 2 miliony funtów rocznie, podczas gdy pielęgniarka czy epidemiolożka zarabia może jedną/dziesiątą, czy nawet jedną/dwudziestą tego. Im więcej kapitalizmu, tym większe wypaczenia, ostatecznie gorzej wynagradzamy tych, których społeczeństwo bardziej potrzebuje. Częściowo wynika to z tego, że gdy tak bardzo kapitał gromadzony jest w jednych rękach, bardzo wypacza jego wartość. Gdy Mark Zuckerberg wyda milion dolarów na posiłek, może tego nie zauważyć. 

I co z tym zrobić?

Nie wiem, jakie są odpowiedzi na te wyzwania, ale wiem, jak szukać odpowiedzi. Żyjemy w świecie, w którym oczekuje się odpowiedzi na zaraz i zapominamy, że powinien do nich prowadzić proces. Dziś czekamy na politycznego przywódcę, który przyniesie projekty ustaw, które problemy rozwiążą. Zbudujemy mur! Wyjdziemy z Unii Europejskiej! To nonsens, obietnice bez pokrycia, nie da się tak rozwiązać problemów.

Chciałbym byśmy dostrzegli, że mamy problem, ale mamy też to nieprawdopodobne bogactwo i stać nas na pewne eksperymenty. Chciałbym byśmy zaczęli więc testować różne sposoby na zorganizowanie naszej pracy i gospodarki. Powinniśmy działać jak inżynierowie, jeśli coś działa, rozwijamy to dalej, ale jeśli nie działa, trzeba pomysł porzucić. Musimy podejść do rozwiązywania problemów naukowo. Rozwiązania nie spadają z nieba, nie ma magicznej receptury, według której, jeśli zorganizujemy się w taki sposób, to znikną wszystkie problemy. Musimy próbować i uczyć się w toku tych prób. Nie możemy się bać porażek.

Wiemy, jakie są problemy, wiemy, że musimy zredukować emisję CO2, ale jaki jest najlepszy sposób by to osiągnąć? Eksperymentowanie wymaga jednak odwagi. Tymczasem jako ludzie mamy tendencję obawiać się zmiany. 

Musimy uznać istnienie problemów i rozpocząć eksperymenty. Jest już kilka ciekawych pomysłów, które warto zbadać: Hiszpania zamierza spróbować z czterodniowym tygodniem pracy, jest dużo entuzjazmu wokół Bezwarunkowego Dochodu Podstawowego, nawet w USA. Jeśli to się nie sprawdzi, to musimy spróbować czegoś innego. Ale musimy próbować.

I chyba musimy też przestać odwoływać się do nieprawdziwych stereotypów i przekonań na temat natury ludzkiej?  

Dlatego historię pracy w mojej książce opowiadam z perspektywy nawet milionów lat. Nasze rozumienie natury ludzkiej opieramy dziś na wiedzy z ostatnich dziesięciu tysięcy lat rolnictwa i tego konkretnego doświadczenia. Tymczasem, historia doświadczenia ludzkiego jest znacznie dłuższa, sięga nie tylko łowców i zbieraczy, ale nawet dawniej. Nie jesteśmy zakładnikami natury. 

Postępuje automatyzacja, a to oznacza, że zostaje mniej ciekawych prac dla ludzi. 

Gdyby udało nam się zredukować ilość wykonywanej pracy, która nie jest potrzebna, gdyby ludzie mogli wykonywać pracę, która jest najbliższa ich sercu, mielibyśmy jeszcze większy postęp technologiczny, medyczny, jakikolwiek. Myślę, że z powodu tego jak zorganizowana jest nasza gospodarka tracimy potencjał wielu ludzi, sam znam wielu świetnych naukowców, którzy porzucili akademię, bo gdzieś w korporacji mogli zarobić porządnie. W efekcie nauka ich straciła, społeczeństwo nie skorzysta z ich potencjału. Ludzie pracują najlepiej, gdy mają pasję do pracy, którą wykonują. Powinniśmy to maksymalizować. Myślę, że mamy środki i stać nas na to, by tworzyć warunki, by ludzie mogli wykonywać pracę, do której mają pasję. Nawet jeśli część z tego do niczego nie będzie prowadzić, to nie szkodzi, dziś też tak jest, a tak damy szansę geniuszom i mistrzom na rozwój. 

Ale czy możemy sobie pozwolić na to, żeby zwolnić i odpuścić w globalnym wyścigu, który trwa w logice wzrostu PKB? Ju/’hoansi przegrali, nie mogą już żyć tak jak chcieli, bo nasza cywilizacja okazała się silniejsza i zmusiła ich do życia według naszych reguł. My też jesteśmy w pułapce, musimy się rozwijać, bo inaczej rywalizację wygrają choćby Chiny i narzucą autorytarną organizację życia.

Myślę, że jesteśmy na takim etapie rozwoju naukowego, że lepiej niż kiedykolwiek wcześniej rozumiemy konsekwencje naszych zachowań. Wiemy, co się stanie, jeśli dalej będziemy pompować w atmosferę takie ilości CO2. Wiemy też, co musimy zrobić, by to ograniczyć. Na tym polega rozwój! Rozwój, który nie zabierze nam dobrobytu i przyszłości. Inaczej, moje dzieci mogę nie poznać smaku owoców morza, mogą nie doświadczyć już czystego powietrza, nie usłyszeć śpiewu ptaków. Ryzykujemy, że stracimy i zmarnujemy wiele naszych osiągnięć. Tak bywało w przeszłości, choćby, gdy wybuchły dwie wielkie wojny. Uważam, że doświadczenie naszych przodków może być dla nas inspirujące. 

Dr James Suzman, antropolog z Cambridge University, autor książki "Affluence without Abundance: The Disappearing World of the Bushmen", którą oparł na trzech dekadach badań kultury Buszmenów, ostatnio opublikował " Praca. Historia tego, jak spędzamy swój czas"

DOSTĘP PREMIUM