Belka o inflacji: Rząd cieszy się z uruchomienia spirali płacowo-cenowej. To analfabetyzm gospodarczy

- Inflacja, do której się zbliżamy, czyli 6-7, a może i 10 procent, chociaż nie chciałbym być złym prorokiem, zamraża procesy inwestycyjne i wtedy trzeba się zabierać za jej obniżanie, a to są bardzo poważne koszty ekonomiczne i społeczne - przestrzegał w TOK FM Marek Belka, były premier i były szef Narodowego Banku Polskiego.
Zobacz wideo

Główny Urząd Statystyczny opublikował wczoraj (31 sierpnia) najnowsze dane dotyczące inflacji. W sierpniu ceny w Polsce rosły w tempie 5,4 procent (rok do roku) - najszybciej od 20 lat. Z ust rządzących cały czas słyszymy zapewnienia, że nie mamy do czynienia z niepokojącym zjawiskiem. Zarówno premier, jak i ministrowie powtarzają, że inflacja jest typowym zjawiskiem, gdy mamy do czynienia ze wzrostem gospodarczym. A ponadto - jak przekonują - zarobki Polaków rosną i mają rosnąć szybciej niż ceny, jak niedawno w TOK FM uparcie przekonywał wiceminister Waldemar Buda

Z teoriami rządzących nie zgadza się prof. Marek Belka. - To wcale nie jest tak, że wzrostowi gospodarczemu musi towarzyszyć podwyższona inflacja. Nie było tak choćby w okresie wychodzenia z wielkiego kryzysu finansowego, który wybuchł w roku 2008-09 - przypomniał były szef Narodowego Banku Polskiego i były premier w Poranku Radia TOK FM.

Prof. Belka podkreślił, że dla ekonomisty "dramatycznie źle" brzmią tezy o tym, że ludzie nie powinni martwić się inflacją, bo ich płace rosną szybciej. - Po pierwsze, nie wszystkim rosną. Ale co najważniejsze, płace rosnące szybciej od cen zapowiadają jeszcze szybszą inflację w przyszłości i to niedalekiej. Rząd cieszy się więc z uruchomienia spirali płacowo-cenowej. To prowadzi do katastrofy. Oznacza, że nie będziemy próbować ograniczać tempa wzrostu cen, tylko będziemy się z tego cieszyć. To jest przecież analfabetyzm ekonomiczny, a nawet gorzej: klucz do katastrofy gospodarczej - ocenił rozmówca Macieja Głogowskiego.

Dziennikarz TOK FM zwrócił uwagę na rolę NBP, bo właśnie bank centralny ma narzędzia, które może zastosować w czasie rosnącej inflacji. Jak tłumaczył prof. Belka, Narodowy Bank Polski może podnieść stopy procentowe. Ale, jak zaznaczył ekonomista, to jednak rozwiązanie dość kosztowne gospodarczo i społecznie. Bo za taką decyzję w pierwszej kolejności zapłaciliby ci, którzy wzięli kredyty hipoteczne. Bo wzrost stóp procentowych oznaczałby dla nich m.in. wzrost rat kredytów.

- Ale jest jeszcze drugi instrument, o którym się często nie mówi. To jest wpływanie na oczekiwania inflacyjne - wskazał były szef NBP. Jak wyjaśniał, chodzi o przekonanie społeczeństwa, że NBP jest w stanie utrzymać inflację w ryzach (tj. na poziomie od 1,5 do 3,5 proc.). Zdaniem prof. Belki znajdujemy się w sytuacji, gdy obywatele nie wierzą w skuteczne działania banku, którym kieruje Adam Glapiński. - A jeżeli nie wierzą, to będzie bardzo trudno ich przekonać, że inflacja wróci do oczekiwanej normy. Wtedy pozostają już tylko twarde metody, czyli schładzanie gospodarki. Lubimy to? Chyba nie. A to coraz bardziej realny scenariusz - przestrzegał gość TOK FM.

Prof. Belka uważa, że inflacja w Polsce już "wymyka się spod kontroli" i może to mieć bardzo negatywne skutki gospodarcze. - Bo to nie jest tak, że jakakolwiek inflacja stymuluje wzrost. Inflacja na poziomie 2-3 procent nie ma negatywnego wpływu. Natomiast inflacja, do której się zbliżamy, czyli 6-7, a może i 10 procent, chociaż nie chciałbym być złym prorokiem, (...) zamraża procesy inwestycyjne i wtedy trzeba się zabierać za jej obniżanie, a to są bardzo poważne koszty ekonomiczne i społeczne - podsumował były premiera oraz były szef NBP.

DOSTĘP PREMIUM