"Idą chłody, a my nie wiemy, czy śnieżyć czy nie śnieżyć". Stacje narciarskie czekają na wytyczne rządu, a ten milczy

Zimowe stacje narciarskie i turystyczne apelują do rządu o jasną deklarację w sprawie ich funkcjonowania w rozpoczynającym się wkrótce sezonie. - Prognozy mówią, że idą chłody, a my nadal nie wiemy, czy śnieżyć czy nie śnieżyć - mówił w TOK FM, Piotr Rzetelski, wiceprezes branżowej organizacji zrzeszającej ośrodki.
Zobacz wideo

Większość państw europejskich posiadających stoki narciarskie już określiła na jakich zasadach będą działać wyciągi i cała infrastruktura narciarska podczas kolejnej fali pandemii koronawirusa. Włoscy operatorzy stacji narciarskich wiedzą to już od końca sierpnia. Z kolei austriackie ośrodki narciarskie takie wytyczne mają od połowy września. - Na tamtejszych lodowcach już nawet ruszył sezon - mówił w TOK FM, Piotr Rzetelski, wiceprezes branżowej organizacji zrzeszającej ośrodki. Sezon ten nawet zdążył się tydzień temu zamknąć. 

Nie słuchasz podcastów? To dobry czas, by zacząć. Dostęp Premium za 1 zł!

We Włoszech wstęp na stoki mają tylko osoby, które przedstawią potwierdzenie pełnego zaszczepienia lub negatywny wynik testu. Przepustowość krzesełek, które nie mają dodatkowych osłon ograniczono do 80 proc. Wszyscy narciarze mają obowiązek zakrywania ust i nosa w przestrzeniach wspólnych w tym np. w gondolach kolejek górskich czy restauracjach na stokach. Przestrzegania przepisów pilnuje policja.

"Nie ma żadnej odpowiedzi"

Wiceszef branżowej organizacji apeluje do rządu o spotkanie, by ustalić sposób postępowania. Deklaruje, że stacje narciarskie dostosują się do rygorów epidemicznych. Stacje Narciarskie i Turystyczne wysłały już w tej sprawie pisma do instytucji rządowych. - Na apel skierowany do Ministerstwa Rozwoju nie ma żadnej odpowiedni, Kancelaria Premiera poinformowała, że przekierowała sprawę do MR, więc teraz ministerstwo ma już dwa listy - powiedział Rzetelski.

Wiceszef Związku powołuje się na strategie państw skandynawskich na przykład Norwegii czy Finlandii, gdzie stacje narciarskie działały w rygorze sanitarnym non stop. - Przy zachowaniu środków ostrożności utrzymano pełną przepustowość wyciągów, podczas gdy w Polsce w ubiegłym sezonie po zgodzie na otwarcie limit wynosił 50 proc. - podkreślał Rzetelski w TOK FM.

Stacje narciarskie obawiają się, że jak w poprzednim roku mogą znów zostać użyte jako narzędzie do zniechęcania Polaków do podróżowania w zimie. - Jeśli nie będą czynne wyciągi i hotele, to ludzie nie będą mieli po co pojechać w góry - mówił Piotr Rzetelski.

Możliwy pozew

Przedstawiciele branży mówią, że koszty przygotowania ośrodków do sezonu, czyli wszystkie przeglądy techniczne oraz samo naśnieżanie stoków to ok. 35 mln złotych. Tylko że właściciele wyciągów nie wiedzą, co mają robić. Mają nadzieję, że branża nie zostanie zaskoczona obostrzeniami, tak jak w ubiegłym roku. 

Gdyby jednak sytuacja miała się powtórzyć także i w tym sezonie, to Zarząd Polskich Stacji Narciarskich i Turystycznych będzie rozważał złożenie pozwu przeciwko Skarbowi Państwa. "To będzie na pewno ostatnie narzędzie, ale jeśli zostaniemy postawieni pod ścianą, nie będzie innej możliwości rekompensaty poniesionych przez nas strat" - zapowiedział zarząd PSNiT w swoim oświadczeniu.

W minionym sezonie cała branża narciarska została zamknięta na starcie sezonu od 28 grudnia 2020 roku. Ferie zimowe skumulowano dla całej Polski w jednym terminie w pierwszej połowie stycznia, rząd argumentował, że robi to po to, by nikt nigdzie nie wyjeżdżał. Stacje narciarskie otwarto dopiero w lutym, długo po zakończeniu szkolnych ferii.

DOSTĘP PREMIUM