"Gospodarka niedoboru, rozwój czarnego rynku". Ekspert ostrzega przed rządową "kontrolą cen"

Chcemy wprowadzić ceny regulowane na artykuły żywnościowe - chleb, cukier, mąkę - zdradził w Polsacie Krzysztof Smoliński z PiS. Zdaniem ekspertów ta strategia może przynieść więcej strat niż korzyści.
Zobacz wideo

W grudniu inflacja zbliżyła się do rekordowych 9 procent. I wyniosła dokładnie 8,6.To najnowsze dane, jakie podał Główny Urząd Statystyczny. Wynika z nich, że tak drogo nie było w Polsce od 21 lat. Czyli od początku tego stulecia. W Polsce rząd postanowił bronić Polaków przed inflacją głównie metodami podatkowymi, obniżając podatki płacone od paliw i energii. Uruchomił też dodatki osłonowe dla gorzej sytuowanych gospodarstw domowych. Jednak w piątek wieczorem Kazimierz Smoliński, poseł PiS, zdradził, że rządzący mogą sięgnąć po jeszcze jedno rozwiązanie. - Chcemy wprowadzić ceny regulowane na artykuły żywnościowe - chleb, cukier, mąkę. Jeżeli inflacja będzie wzrastała, to nawet takie rozwiązanie może zostać wprowadzone - powiedział polityk PiS w programie "Debata Dnia" w Polsat News. 

"Porażki kontroli cen"

Taki rozwój wydarzeń prognozowali ekonomiści. Marek Rozkrut, główny ekonomista "E&Y" przywołał w TOK FM historyczne przykłady porażki stosowania kontroli cen. - To na przykład doświadczenia takich krajów jak Argentyna, która wielokrotnie próbowała "celować" w wybrane produkty - mówił.

Główny ekonomista "E&Y" wyjaśniał, że w przypadku nietrafnego zastosowania cen kontrolowanych pojawia się "gospodarka niedoboru". - Zaczyna brakować towarów, rozwija się rynek równoległy, czarny rynek, na którym ludzie kupują drożej, po cenie zbliżonej do wolnorynkowej. Więc bądźmy bardzo ostrożni w tej dyskusji - apelował gość TOK FM.

W dyskusji w przestrzeni publicznej pojawiły się też wątki historyczne. W tym przykład polityki gospodarczej stosowanej w PRL-u. - Czas najwyższy wskrzesić Centralny Urząd Planowania i Państwową Komisję Cen. W zasadzie koncepcja już jest gotowa. Tj. PRL. Tylko, że już raz zbankrutowała. Można wykorzystać zarządzenie z 1967 roku - ironizował główny ekonomista liberalnej Fundacji Forum Odpowiedzialnego Rozwoju.

Rząd już otworzył sobie furtkę

Ale dyskusja o wykorzystywaniu sytuacji przez firmy do pomnażania swoich zysków nie jest w ostatnim czasie w Polsce czysto akademicka. Na starcie pandemii premier Morawiecki deklarował walkę z sytuacją, "w której ceny w sklepach są czasem kilkukrotnie wyższe niż kilka dni temu". Mówił, że " to żerowanie na obecnej pandemii. UOKiK i inne urzędy regulujące ceny będą czuwały właściwie nad rynkiem od strony cen - mówił wtedy szef rządu w marcu 2020r. Dwa miesiące temu w podobnym tonie, ale o sprzedawcach paliw wypowiadał się prezes partii rządzącej. - Podmioty gospodarcze powinny ograniczyć swoją ekspansję dochodową - ostrzegał w październiku Jarosław Kaczyński.

Teoretycznie rząd mógłby od ręki swoje słowa przekuć w czyn. W ustawie o specjalnych rozwiązaniach prawnych na czas pandemii uchwalonej w marcu 2020 r. dał sobie możliwość kontrolowania cen. - Minister właściwy do spraw gospodarki w porozumieniu z ministrem właściwym do spraw zdrowia oraz ministrem właściwym do spraw rolnictwa i rozwoju wsi może, w drodze rozporządzenia, ustalić maksymalne ceny lub maksymalne marże hurtowe i detaliczne stosowane w sprzedaży towarów lub usług mających istotne znaczenie dla ochrony zdrowia lub bezpieczeństwa ludzi lub kosztów utrzymania gospodarstw domowych - głosi artykuł 8a. W chwili jego uchwalania ceny maseczek higienicznych biły wszelkie rekordy, a Polacy stali w kolejkach do sklepów po mąkę, olej, konserwy i kaszę. Dzisiaj nic nie stoi na przeszkodzie, by przepisy zastosować w zasadzie dowolnie.

Posłuchaj podcastu!

DOSTĘP PREMIUM