"Być może chcą nas wziąć głodem". W Solarisie bez zmian, strajk nadal trwa

Zarząd spółki nie podejmuje żadnej próby kontaktu z załogą, a za czas strajku, nie zamierza wypłacać pensji. Być może pracodawca chce nas wziąć głodem - tak o proteście pracowników Solarisa mówił w TOK FM Wojciech Jasiński, przewodniczący Zarządu Organizacji Międzyzakładowej OPZZ Konfederacja Pracy.

W poniedziałek rano rozpoczął się strajk generalny w wielkopolskiej firmie Solaris Bus & Coach. Strajkujący domagają się wzrostu wynagrodzenia w wysokości 800 zł brutto dla każdego pracownika. Jak mówił w TOK FM Wojciech Jasiński, przewodniczący Zarządu Organizacji Międzyzakładowej OPZZ Konfederacja Pracy, strajk nadal trwa. - Przystąpiło do niego ponad 90 procent pracowników produkcji bezpośredniej, czyli tych, którzy przyszli do pracy. Do tego mamy dużą absencję chorobową w zakładzie, być może na wieść o strajku, wielu pracowników uciekło na L4. Natomiast produkcja autobusów Solaris została zatrzymana - mówił Jasiński.

Gość TOK FM podkreślał, że zarząd spółki nie podejmuje żadnej próby kontaktu z załogą, a za czas strajku, nie zamierza im wypłacać pensji. - Być może pracodawca chce nas wziąć głodem. Nie będzie podchodził do rozmów, żeby pracownicy prędzej czy później doznali kłopotów finansowych. Władze firmy liczą, że może gdy głód zajrzy nam w oczy, to przestaniemy strajkować. Natomiast my już uruchomiliśmy zbiórkę w internecie i każdy może wesprzeć pracowników, którzy walczą o lepszy byt - ocenił związkowiec.

Jego zdaniem, strajk w Solarisie to "przetarcie szlaków". - Przez ostatnie 30 lat nasz kraj znacząco zwiększył swoje PKB, ale to nie przełożyło się na wynagrodzenie przeciętnego robotnika. Pod tym względem jesteśmy w ogonie Europy i Solaris się tutaj nie wyróżnia. Nasze zarobki odbiegają od wynagrodzeń w innych firmach w branży - podkreślał Jasiński.

Podawał też konkretne kwoty. - Przeciętny monter podzespołów, z kilkuletnim staży pracy, zarabia średnio "na rękę" 3100-3200 zł, niektórzy nawet do tej kwoty nie dochodzą. Przychodzą do nas ze swoimi paskami i mówią wprost: nie utrzymam za to rodziny - opowiadał związkowiec.

Dlatego pracownicy domagają się 800 zł podwyżki, bo nie chcą, żeby ich zakłada pracy wyliczał im dodatki w oparciu o procent wynagrodzenia. - To nic nie daje, bo zarabiający mało będą mieli wielokrotnie niższe podwyżki, niż wąska grupa pracowników na najwyższych stanowiskach. Jeśli menadżer dostaje co miesiąc 15-20 tysięcy złotych, to jego podwyżka wyniesie 1000 zł. Z kolei szeregowy pracownik może liczyć na 200 zł. Podział zysków jest zupełnie nierównomierny - podsumował Jasiński.

DOSTĘP PREMIUM

DOSTĘP PREMIUM