"Rząd jak felczer, a potrzebny jest miecz do walki z inflacją". Ekonomista mówi, dlaczego rządowe tarcze nie zadziałają

Zdaniem dr. Sławomira Dudka, głównego ekonomisty Forum Obywatelskiego Rozwoju, wprowadzone przez rząd tarcze antyinflacyjne to tylko "leki przeciwbólowe", za które przyjdzie nam słono zapłacić już w niedalekiej przyszłości.
Zobacz wideo

W "Pierwszym Śniadaniu w TOK-u" Wojciech Muzal zastanawiał się, czy rządowe działania w rodzaju wprowadzanych ostatnio tarcz antyinflacyjnych, muszą mieć długofalowo negatywne skutki. Dr Sławomir Dudek, główny ekonomista Forum Obywatelskiego Rozwoju, porównał je do leków przeciwbólowych, które mogą na chwilę uśmierzyć ból, ale nie likwidują przyczyny choroby. Co więcej, zaznaczył, że to właśnie wprowadzane przez rząd tarcze, mające chronić Polaków przed kryzysem, w dużym stopniu spowodowały obecną inflację

- Te tarcze to było zrzucanie pieniędzy z helikoptera. (...) Częściowo coś takiego powoduje marnowanie pieniędzy. Podobnie jest z tarczami. (...) One w dużym stopniu spowodowały inflację i leczymy te tarcze kolejnymi tarczami, które tak naprawdę na moment ulżą bólowi, ale później ta inflacja skoczy do góry - tłumaczył. 

Dodał, że prognozy banków rządowych również pokazują, że na skutek wprowadzanych tarcz inflacja być może na chwilę spowolni. - Tylko chciałem zaznaczyć: inflacja spowolni, czyli ceny dalej rosną. Nie będzie spadków cen. Będzie tylko co najwyżej mniejszy wzrost cen, (...) ale później w lipcu, kiedy skończą się już te czasowe obniżki podatków, to inflacja skoczy bardziej, niż gdyby nie było tarcz. Na końcu, po wyborach w 2023 roku inflacja będzie taka sama. Wydatki konsumenta na koniec 2023 po wyborach wzrosną o tyle samo, jakby nie było tarcz - podkreślał. Dr Dudek dodał także, że niektórzy ekonomiści przewidują nawet, że inflacja może być nawet wyższa, niż gdyby nie było tarczy, bo ta zadziała jak benzyna dolewana do ognia. 

Ile będą kosztować nas tarcze antyinflacyjne?

Dr Dudek wyliczał także, ile będzie kosztowało nas rządowe przeciwdziałanie inflacji. Według banku PKO BP do lipca tarcze będą nas kosztować około 35 mld złotych. Zdaniem eksperta na tym się jednak nie skończy. Według ekonomisty bowiem, mając w perspektywie wybory w 2023 roku, rząd nie odważy się wycofać tarcz już w wakacje. Wówczas, w drugiej połowie 2022 roku, tarcze będą kosztować kolejne 35 mld złotych oraz podobną kwotę będzie trzeba też na nie przeznaczyć w 2023 roku, aż do wyborów. 

- I tutaj lekko idziemy do 100 miliardów złotych. I wydajemy 100 miliardów złotych na leki przeciwbólowe, a później na koniec summa summarum ból wraca, być może nawet ze wzmożoną siłą. Wydatki są ciągle droższe, a nie mamy w portfelu 100 miliardów złotych, za to mamy nierozwiązane problemy z inflacją - podsumował. 

Dlaczego zatem rząd decyduje się na takie rozwiązania? Według gościa TOK FM odpowiedź jest niestety dość banalna. - Moim zdaniem słupki powodują, że rząd jest w stanie zrobić wszystko. Po nas choćby potop. Finanse publiczne się nie liczą. Czyli rozdaje mocno. (...) Tylko na samym końcu my to musimy spłacić. (...) Na końcu, po wyborach, zapłacimy za to w podatkach - zauważył ekonomista.

Jak wymieniał, rząd będzie musiał podnieść podatki albo "wytnie" dobre inwestycje, albo nie starczy w "inflacyjnej służbie zdrowia" na prawdziwe leczenie z inflacji. - Jakby ktoś w medycynie wydał 100 mld na leki przeciwbólowe i za 1,5 roku budzimy się w tej samej sytuacji, to to jest znachorstwo, felczerstwo. To jest taki felczer w polityce gospodarczej. Tutaj rząd tarczę magicznie stosuje, a my potrzebujemy miecz inflacyjny do walki - podsumował, przestrzegając, że rząd "zaraz nam zafunduje tarczę hamulcową: wzrost gospodarczy spowolni, będziemy spłacać te wszystkie tarcze, rozdawnictwo i przez to nie będzie na rozwój".

DOSTĘP PREMIUM