Zakaz importu ropy i gazu z Rosji do USA. Ekspert: To bardziej gest niż rzeczywiste działanie

Jak mówił w TOK FM prof. Witold Orłowski, USA łatwo jest wykonać taki gest, bo "dla nich import surowców energetycznych z Rosji nie ma tak naprawdę żadnego znaczenia". - Gazu to w ogóle Stany Zjednoczone mają swoją nadwyżkę, więc netto w ogóle go nie importują - podkreślił.
Zobacz wideo

Amerykański prezydent Joe Biden poinformował podczas konferencji prasowej we wtorek o zakazie importu do USA rosyjskiej ropy i gazu. 

- W przypadku Stanów Zjednoczonych mamy do czynienia tak naprawdę bardziej z gestem niż z rzeczywistym działaniem. Ten import ropy z Rosji do USA, nie mówiąc już o gazie, był zupełnie bez znaczenia - stwierdził w Wywiadzie Politycznym prof. Witold Orłowski, ekonomista PWC. Tłumaczył, że Stany Zjednoczone mają znacznie bliższe źródła ropy i nie muszą z ściągać jej z Rosji. - Gazu to w ogóle mają swoją nadwyżkę, więc netto w ogóle nie importują gazu - podkreślił. 

Jak mówił, USA łatwo jest wykonać taki gest, bo "dla nich import surowców energetycznych z Rosji nie ma tak naprawdę żadnego znaczenia". - W Europie jest niestety gorzej. Przy czym w przypadku ropy naftowej sytuacja jest prostsza - dość duża część zaopatrzenia przychodzi drogą morską. Ale w przypadku gazu ogromna większość to są gazociągi - podkreślił. Tłumaczył, że gdyby Europa zrezygnowała z tych dostaw, nie miałaby, czym ich zastąpić. - Bo możliwości np. użycia gazu płynnego są ograniczone - zaznaczył. 

Prof. Orłowski ocenił, że amerykański gest jest zapewne również wskazówką, że Europa zdecydowanie w ciągu najbliższych lat zainwestuje w radykalne zmniejszenie zależności od rosyjskiego gazu. - Natomiast z dnia na dzień nie ma ona jak się od niego odciąć - podsumował gość TOK FM. 

Podniesienie stóp procentowych

Rada Polityki Pieniężnej po raz szósty z rzędu podniosła stopy procentowe. Zdecydowano podnieść je o 75 punktów bazowych. - To w ogóle nie jest właściwie ruch. To jest taki gest, powiedziałbym. Wiadomo, że nie wiadomo, gdzie jesteśmy, jeśli chodzi o inflację - skomentował profesor. Skrytykował też wtorkowe projekcje NBP mówiące o tym, że być może wyniesie ona 9 proc. - 11 proc. - Wiadomo, że idziemy w stronę dwucyfrowej inflacji. Tu nie ma wątpliwości - zapewnił. 

Gość Karoliny Lewickiej podkreślił, że "musimy być gotowi na znaczny wzrost inflacji, znaczne osłabienie kursu złotego, znaczne podwyżki stóp procentowych - znacznie większe niż można było sądzić jeszcze miesiąc temu."

- Z tego punktu widzenia podwyżka o niecały 1 proc. oczywiście niczego nie załatwia. Jest tylko takim gestem mówiącym, że nowa Rada Polityki Pieniężnej - bo w większości jest nowa - będzie walczyła o stabilność pieniądza, będzie walczyła z inflacją. Ale w tej chwili nie bardzo wiadomo jeszcze, jak, w którą stronę strzelać, jak dużego kalibru pocisku używać. Więc w tej chwili jest to raczej gest, a jakie będą naprawdę niezbędne podwyżki stóp procentowych, to dopiero zobaczymy - stwierdził. Tłumaczył, że będzie to zależało od kursu złotego, cen paliw oraz wewnętrznych mechanizmów inflacyjnych.

Profesor przestrzegł jednak przed myśleniem, że obecna sytuacja gospodarcza Polski to wyłącznie wynik rozpętanej przez Putina wojny w Ukrainie. - Chciałem powiedzieć bardzo wyraźnie, że źle było jeszcze przed wybuchem wojny. Nasze finanse zostały w znacznej mierze nadwyrężone, wartość i zaufanie do złotego zostało nadwyrężone przed wojną. Między innymi dlatego warto dbać o to w czasach dobrych, żeby potem nie być zaskakiwanym przez kumulację złych czynników - podsumował. 

Teraz z kodem: UKRAINA odsłuchasz każdą audycję i podcast TOK FM. Aktywuj kod tutaj -> 

DOSTĘP PREMIUM