Wzrost cen mało kogo zaskoczył, ale ekspertów martwi inny wskaźnik. "To jest klucz do wszystkiego"

Spadł wskażnik PMI dla przemysłu, wzrosła z kolei inflacja. Zdaniem ekspertów, to efekt podporządkowania ekonomii polityce. - To można porównać do sytuacji, kiedy pali się dom. Strażacy z jednej strony starają się go gasić stopami procentowymi. Ale z boku co chwilę ktoś podbiega i chlusta benzyną. Bardzo trudno jest taki pożar ugasić - mówi w TOK FM Tomasz Prusek, publicysta ekonomiczny, prezes zarządu Fundacji Przyjazny Kraj.
Zobacz wideo

Firma S&P Global podała w środę, że wskaźnik PMI dla przemysłu w Polsce w maju wyniósł 48,5 pkt. wobec 52,4 pkt. w kwietniu. A to oznacza, że warunki gospodarcze w kraju pogorszyły się po raz pierwszy od niemal dwóch lat. PMI to indeks, który obrazuje kondycję gospodarki na podstawie pięciu zmiennych: nowych zamówień, produkcji, zatrudnienia, czasu dostaw i zapasów pozycji zakupionych. Jak zauważa w magazynie "EKG" dr Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek z Wydziału Nauk Ekonomicznych UW, równie istotne co sam wskaźnik są informacje dołączone do wyjaśnień PMI. - W tym to, że jest to bardzo gwałtowny spadek produkcji, a co jeszcze gorsze - gwałtowny spadek zamówień. W tym eksportowych. I to od naszych głównych partnerów biznesowych w UE - mówiła u Adama Ozgi. - Oprócz tego od kilkunastu miesięcy mamy ciągle powtarzające się informacje, że czas realizacji zamówień wydłuża się - dodała. 

W efekcie, jak podał S&P Global, optymizm biznesowy producentów był najsłabszy od października 2020 r. "Według ankietowanych firm niestabilność rynku wynikająca z wojny w Ukrainie oraz wysoka inflacja osłabiały sprzedaż zarówno w kraju, jak i za granicą. Nowe zamówienia eksportowe spadły trzeci miesiąc z rzędu, a spadek popytu dotyczył kluczowych unijnych gospodarek" - napisano też w firma S&P Global.

"Będziemy spadać z wysokiego konia"

Spadek PMI dla przemysłu to nie jest jedyna zła wiadomość dla polskiej gospodarki. Inna to wzrost cen towarów i usług konsumpcyjnych w maju 2022 r. Te wzrosły rok do roku o 13,9 proc., a w porównaniu z poprzednim miesiącem o 1,7 proc. - podał Główny Urząd Statystyczny. 

Drożyzna to jeden problem, ale - zdaniem ekspertów - dużo bardziej niepokojąca jest jednak inflacja bazowa (czyli wzrost cen z wyłączeniem takich zmiennych jak np. drożejące paliwo czy energia). Ta sięgnęła ponad 8 proc. - To jest klucz do wszystkiego. Bo ona zaprzecza narracji oficjalnej, propagandowej: że nie mamy wpływu na inflację, że inflacja przychodzi z zewnątrz, że to wojna w Ukrainie, że to COVID itd. - podkreślał Tomasz Prusek, publicysta ekonomiczny i prezes Fundacji Przyjazny Kraj. 

Przypomniał przy tym, że "inflacja bazowa została wygenerowana w Polsce poza cenami energii i żywności". - Tak naprawdę rodzi się więc pytanie, czy to wygenerowały krasnoludki? Nie!  - dodał.  I podkreślił, że zarówno konsumenci, jak i firmy kupują na zapas, co widać w PKB. - Dlatego to, że będziemy spadać z wysokiego konia, jest przesądzone - podkreślił Prusek. 

Także w ocenie dr Anny Czarczyńskiej "będziemy mieć za moment do czynienia z wykorzystywaniem tego, co się zdołało nagromadzić, a co będzie skutkowało spadkiem PKB". - Konsumpcja już nam spadła, inwestycje są mikroskopijne, więc większą część naszego dotychczasowego wzrostu nakręcały zapasy świadczące o niepewności - tłumaczyła ekonomistka z Akademii Leona Koźmińskiego. 

"Mamy do czynienia z ekonomią polityczną" 

Eksperci byli też pytani o możliwe drogi wyhamowania inflacji bazowej. Wskazywali na dwa główne narzędzia - politykę fiskalną i politykę pieniężną. - Jestem za tym, by rząd przestał dosypywać pieniędzy do portfeli gospodarstw domowych - radziła dr Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek. Bo, jak tłumaczyła, polityka rządu nie współgra z działaniami NBP. - Z jednej strony RPP, NPB podnosi stopy procentowe, próbując wpływać na ograniczenia popytu na pieniądz. Z drugiej strony mamy rząd,  który swoją polityką prowadzi do tego, że w kieszeniach konsumentów pieniędzy jest coraz więcej. A kolejne zapowiedzi mówią, że będzie ich jeszcze więcej. Mamy np. obniżenie stawki pierwszego progu podatkowego z 17 do 12 proc. - podkreśliła. 

Zdaniem Tomasza Pruska "nie mamy teraz w ogóle do czynienia z prowadzaniem polityki gospodarczej, polityki ekonomicznej. A z ekonomią polityczną". - Ona wróciła, niczym z czasów PRL -  ocenił. - To jest ekonomia polityczna podporządkowana logice najbliższych wyborów. Jeżeli ekonomia nie pasuje do pewnych działań, buntuje się, to tym gorzej dla praw ekonomii - dodał.

Tym bardziej, jak podkreślił, że "ekonomia polityczna jest skażona myśleniem wyborczym, kalkulacjami, sondażami, słupkami poparcia. A to powoduje że mamy ogromny problem strukturalny w walce z inflacją". - To można porównać do sytuacji, kiedy pali się dom. Strażacy z jednej strony starają się go gasić stopami procentowymi. Ale z boku co chwilę ktoś podbiega i chlusta benzyną. Bardzo trudno jest taki pożar ugasić - skwitował.

DOSTĘP PREMIUM